Mimo to, że czwartkowa sesja przebiegała w spokojnej atmosferze, to jednak pojawiło się kilka elementów, mogących mieć znaczenie dla koniunktury na rynku akcji w najbliższej przyszłości. A ta jest uzależniona od odpowiedzi na pytanie, kiedy i w którą stronę nastąpi wybicie z nużącego trendu bocznego. W tym kontekście istotną informacją jest to, iż WIG20 wrócił, licząc po zamknięciach, do kwietniowego minimum i znów znalazł się niebezpiecznie blisko technicznej i coraz bardziej psychologicznej bariery 1285-1299 pkt. Z tego powodu można powiedzieć, iż bliżej mu do wybicia dołem, niż górą. Rynek nie zareagował wzrostem na dwudniowe odbicie na amerykańskich giełdach. To zresztą jest racjonalne, bo skoro z nimi nie spadaliśmy, to i wzrost powinien być dla nas obojętny. Wniosek jest z tego taki, iż w przypadku, bardzo prawdopodobnego, dalszego pogorszenia koniunktury na tamtych giełdach w pewnym momencie i nasi inwestorzy mogą się przestraszyć testowania wrześniowych minimów i co za tym idzie - powrotu bessy na światowe parkiety.

Ciekawe było zachowanie Orbisu po opublikowaniu wyników finansowych za I kwartał. Został on odebrany bardzo negatywnie, co może być zwiastunem podobnych reakcji inwestorów na rozczarowujące raporty innych spółek. A takich może być sporo. Argumentem za wzrostami cen papierów jest oczekiwanie na spóźniające się ożywienie gospodarcze. Jednak na rozwiniętych rynkach jest to już dawno zgrana płyta i teraz mamy starcie tych trochę wygórowanych oczekiwań z twardą rzeczywistością. Nie przebiega ono po myśli optymistów.