Czwartkowa sesja była wyrazem determinacji byków. Dzięki temu już na otwarciu na Nasdaq powstała luka hossy, a indeks całego rynku technologicznego zyskiwał przeszło 4%. Taka aktywność kupujących była powszechnie tłumaczona świetnymi wynikami finansowymi jednej z przybladłych gwiazd amerykańskiego parkietu - Cisco Systems. Po 20 minutach od początkowego dzwonka giełdowego kurs akcji tego producenta infrastruktury sieciowej wzrósł o 18% (w ostatnim kwartale zysk na akcję spółki zwiększył się o niemal 400%). Zupełnie jak za najlepszych czasów hossy internetowej z lat 1998-2000.
Nasdaq Composite powrócił ponad 1600 pkt. To dużo i mało zarazem. Dużo, gdyż daje nadzieję posiadaczom akcji przynajmniej na zahamowanie wielotygodniowych spadków. Mało jednocześnie, gdyż mimo dawno nieobserwowanej aktywności popytu, zwyżkę można jedynie traktować w kategorii ruchu powrotnego do przełamanego pod koniec kwietnia br. wsparcia. Indeks nawet nie pokonał krótkoterminowej średniej kroczącej, zatem nie sposób nawet uzasadnić, że jesteśmy świadkami choćby tymczasowego odreagowania rynku niedźwiedzia. Najbliższym oporem jest strefa 1680-1720 pkt. (SK-15 i doji z 22 lutego 2002). W tym miejscu spodziewam się kresu aktywności popytu.
Pozostałe amerykańskie indeksy akcji wzrosły w mniejszym stopniu. S&P 500 po środowych notowaniach znalazł się w pobliżu lutowo-marcowych minimów (1080 pkt.). Najlepiej wygląda na tym tle średnia przemysłowa, która znowu jest pięciocyfrowa i od marcowego szczytu traci nieco ponad 5%. Bez uporania się ze średnimi kroczącymi na poziomie 10 050-10 150 pkt., nie należy spodziewać się kontynuacji fali zwyżkowej.
Nie lada problemy ma Nikkei 225. Pod koniec kwietnia doszło do nieudanego testu wierzchołka z pierwszej połowy marca. Indeks nie przełamał wprawdzie linii sygnalnej formacji podwójnego dna, jednak fiasko wspomnianego testu rodzi wątpliwości co do trwałości dobrej koniunktury w Japonii. Na razie można mówić co najwyżej o krótkoterminowym trendzie horyzontalnym na rynku japońskim.