Nie było w historii GPW większego marazmu, niż mamy obecnie. Zmienność kontraktów osiągnęła rekordowo niskie poziomy. Niemal tradycją stało się już, że po pierwszych godzinach handlu obrót zamiera i trwa wielogodzinne wyczekiwanie na otwarcie w USA. Wczoraj nie było inaczej i kontrakty przez większość sesji odchylały się nie więcej niż 2 pkt. od poziomu 1311 pkt. Dopiero rozpoczęcie notowań na rynku amerykańskim trochę poruszyło kursem.
Ciekawie było jedynie na paru akcjach. Po stronie byków stanął Elektrim wraz z BRE. Wstępne porozumienie z obligatariuszami pozwoliło oddalić widmo bankructwa i spełniło oczekiwania wszystkich spekulantów, którzy chyba stanowią już większość akcjonariatu. Pozytywne rozwiązanie wszystkich problemów Elka obłożone jest jednak paroma warunkami, ale wzrost całkowicie zasłużony i pewnie tylko na tym się nie skończy. Pozytywny wpływ na indeks i kontrakty równoważony był przez spadającą po złych wynikach Agorę oraz małym dramacie na KGHM, którą CDM wycenił znacznie poniżej obecnej wartości i wydał rekomendację sprzedaj. Złośliwie zapytam przy okazji, co się stało z docelową ceną 35,8 zł wyznaczoną rok temu?
Oprócz tych kilku spółek reszta parkietu spała, w oczekiwaniu na publikację skonsolidowanych wyników kwartalnych. Jednak ich podanie raczej nie wyrwie giełdy z marazmu. O jego końcu można będzie mówić dopiero po zejściu pod luki hossy lub wyjściu nad opory w okolicach 1360 pkt. Trudno coś w takim horyzoncie prognozować, ale na najbliższych sesjach kontrakty powinny zyskać kolejnych kilka punktów, do czego zachęca naruszenie przyspieszonej linii trendu spadkowego. Dużo zależy od harców na Elektrimie, który ma wprawdzie mały udział w indeksie, ale duży wpływ na rynkową atmosferę.