W piątek złoty znowu się osłabił. Inwestorzy doszli do wniosku, że zbyt dużym ryzykiem byłoby pozostawianie otwartych pozycji na weekend.

Stanowisko Rady Polityki Pieniężnej, zaprezentowane w czwartek po południu (skwitowane na łamach PARKIETU bardzo trafnym stwierdzeniem: interweniujcie sobie sami), przyjęto na rynku jako krok w kierunku zaostrzenia stosunków między Radą a ministerstwem finansów. Takie stanowisko z całą pewnością nie zadowoli bowiem nikogo z otoczenia wicepremiera Marka Belki (jak również innych członków gabinetu). Zgodnie z założeniami rządu, waluty na obsługę zadłużenia mają pochodzić z emisji obligacji i z prywatyzacji i na razie żadnych zakupów dokonywać nie trzeba. Można by było co prawda pomyśleć o przyszłości, ale na budowanie rezerw na obsługę nie ma z kolei środków. Można nie emitować np. euroobligacji, ale wtedy trzeba by było wyemitować więcej papierów nominowanych w złotych, a te zakupią zapewne w znacznej części inwestorzy zagraniczni. Kółko się więc zamyka.

Zresztą złoty w piątek i tak właściwie nie mógł się umocnić. Mieliśmy bowiem następujące możliwości. Albo rząd dogada się z Radą, czyli innymi słowy dojdzie do jakichś interwencji, i w konsekwencji złoty straci. Albo nie będzie porozumienia, ale wtedy rząd może zachęcić SLD do poparcia projektu zmian w ustawie o NBP (dyskusja ma się odbyć na tegotygodniowym posiedzeniu Sejmu). Już samo przyjęcie nowej ustawy wywołałoby spadek wartości polskiej waluty. Tak więc obydwa rozwiązania oznaczałyby deprecjację. Oczywiście, możemy sobie wyobrazić jeszcze taką sytuację, że rząd nie dogaduje się z Radą, po czym kończy się dyskusja o wpływaniu na politykę kursową i wszystko wraca do normy. Jednak takie zakończenie oznaczałoby kompromitację (przynajmniej w jakiejś mierze) strony rządowej, a ta tego z pewnością nie chce.

Dodajmy do tego jeszcze jeden element. W piątek inwestorzy w perspektywie mieli dwa dni wolne. W ciągu tych dwóch dni wiele mogło się wydarzyć. W poniedziałek rano notowania mogliśmy zaczynać z poziomu np. 4,25 zł za dolara. Czy w takiej sytuacji warto podejmować ryzyko i zostawiać otwartą pozycję przed weekendem?

Zaczynaliśmy co prawda z poziomów czwartkowego zamknięcia - dolar kosztował 4,095 zł, euro 3,745 zł, odchylenie wynosiło 9,1% - ale od razu przeważyła podaż. Po godzinie byliśmy już na 4,135 zł, 3,77 zł i 8,4%. Potem doszło do odreagowania. Około 11.00 kursy wynosiły 4,12 zł i 3,76 zł, co odpowiadało 8,7%. Poziomy zamknięcia to 4,095 zł, 3,77 zł, a więc 8,8%.