Reklama

Przegrać bitwę, wygrać wojnę

Publikacja: 06.06.2002 09:38

Przegrana bitwa jest jak nieudana transakcja na giełdzie. Trzeba zamknąć pozycję, zacisnąć zęby, walnąć Red Bulla (z czymś tam) i wrócić do walki. Albo jest się fighterem, albo ciamajdą. Fighter to ten, który walczy. Nie można zawsze wygrywać - takie cuda są tylko w bajkach. Nie przegrywają tylko ci, którzy nie grają. Przegrana jest naturalnym elementem życia, giełdy i wszystkich innych sportów. Zamiast rzęzić, że to już koniec świata i tragedia narodowa, trzeba się pozbierać.

Dzisiaj będzie trochę psychoanalizy sportowo-giełdowej. Już mówiłem, że nie przepadam za gapieniem się na mecze kopane. Jednak wkurza mnie to, co wyprawiają kibice i media po przegranym - faktycznie w kiepskim stylu - meczu z Koreą. Na mecz zerkałem kątem oka, siedząc przy terminalach w okolicach sali notowań warszawskiej giełdy. Potem - choć mnie to figę obchodzi - zostałem dosłownie zalany potokiem narodowych jęków. Dziennikarze dostali jakiegoś kompletnego świra. Jeszcze niedawno prześcigali się w doniesieniach, jak to rośnie forma naszych złotych chłopców (złotych, bo sporo tych złotych inkasują, chyba deczko za dużo, zresztą). Teraz, z tą samą pasją, katują naszych kopaczy. Średnio zachował się znany kibic - prezydent - który, skoro już na meczu był, mógł chyba wykonać jakiś większy, przyjazny, publiczny gest po meczu. Ale ograniczył się do zdawkowego pocieszenia i się zmył.

Ewentualny sukces miałby tłumy ojców, fiasko jest sierotką. Dyżurnym do bicia jest oczywiście trener. Jak na Polaków przystało, niektórzy doszukują się także rozmaitych spisków - a to niefajny sędzia, a to wredny klimat, a to hałas przed hotelem, gdzie spała nasza kadra. No i, oczywiście, nieprzychylna publiczność. Trele-morele. Polacy przegrali, bo Koreańczycy wygrali. I proponuję, żeby nie mydlić sobie oczu.

W sumie pomeczowa atmosferka ogólnonarodowej frustracji jakoś dziwnie przypomina nasz giełdowy światek. Jako inwestorzy i analitycy powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że czasami - a bywa, że i często - zdarzają się potknięcia, klapy, a nawet porażające wtopy.

Ciekawe zaiste, jakby sobie na boisku radzili wszyscy ci mądrale, którzy w półtorej godziny zmienili nastawienie do chłopców Engela z fanatycznej wręcz miłości w nienawiść. Pewnie wygłupiliby się tak samo, jak gawędziarze i znawcy giełdy z internetowych list dyskusyjnych czy niegdyś zatłoczonych dawnych sal dogrywek w biurach maklerskich. Nie ma nic prostszego od pouczania innych. Zwłaszcza gdy się siedzi z piwkiem i papieroskiem w fotelu.

Reklama
Reklama

A tak na koniec - to cieszcie się ludzie, że Korea nie wpakowała nam jeszcze kilku bramek. Wiem, przypomina to pocieszanie bankruta, że cena jego ukochanych akcji może być zawsze jeszcze niższa, a wyniki spółki jeszcze gorsze. Teraz trzeba się pocieszyć, pozbierać do kupy i grać dalej. W sporcie i na giełdzie - jak na boisku. Żeby wygrać, trzeba grać. Bramki są dwie, piłka okrągła. Głowa do góry!

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama