Piątkowa sesja sprowadziła inwestorów na ziemię. Obserwowana od tygodni względna siła GPW w porównaniu z najważniejszymi rynkami światowymi prysła jak bańka mydlana. Powodem jest gremialny odwrót inwestorów od sektora bankowego, który przez wiele miesięcy był siłą i motorem napędowym naszego rynku. Tak jak mogliśmy to wielokrotnie zaobserwować, odporność naszego rynku na negatywne wydarzenia na giełdach zachodnich bywa okresowa. I zawsze kończy się spektakularnym powrotem do rzeczywistości. Powód nie jest istotny, zawsze się znajdzie. Tym razem są to kłopoty Stoczni Szczecińskiej i obawy o konsekwencje upadłości dla giełdowych banków. Poprzednio bywały to kryzysy w tej lub innej części świata lub inne wydarzenia nadzwyczajne. Okazuje się w takich przypadkach, że jednak należymy do globalnej rodziny rynków akcji. Szkoda tylko, że następuje to, coraz częściej, tylko w takich okolicznościach.

Obecnie najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: czy odrobimy stracony czas i znajdziemy się, podobnie jak giełdy zachodnioeuropejskie oraz rynek NASDAQ, na poziomie sprzed ośmiu miesięcy? Biorąc pod uwagę uwarunkowania, szczególne naszego rynku, a więc strukturę aktywnych inwestorów GPW, raczej nam to nie grozi. Co prawda, lokalni inwestorzy instytucjonalni, generalnie dominujący na naszym rynku, nie gwarantują 100-proc. bezpieczeństwa, to jednak w dłuższym horyzoncie, kiedy emocje nie są tak duże jak na wczorajszej sesji, zapewniają w trudnych czasach naszemu rynkowi lepszą kondycję niż na sąsiednich parkietach.

Podsumowując, można stwierdzić, że nie jest tragicznie. W krótkim horyzoncie należy spodziewać się kontynuacji spadków. Natomiast w średnim horyzoncie atmosfera powinna ulec poprawie.