Rolnictwo przeżywa w Polsce kryzys. Nie opłaca się tuczyć wieprzy ani hodować bydła. Mięso jest tanie. Od reguły są jednak wyjątki. Kto się dorwie do tłustej, dojnej, a najlepiej też świętej krowy, ten żyje. Na rynku kapitałowym jest tak samo.
Większość inwestorów, menedżerów i analityków nie ma powodów do zadowolenia. Wiedzą i widzą wystarczająco dużo. Wyjątki - owszem, mają się bardzo dobrze, co tylko pogarsza sprawę, bo nic tak nie frustruje, jak widok tych, którzy są zadowoleni z siebie i z własnych talentów. Bo trzeba wielkiego talentu, aby w wychudzonym stadzie znaleźć i dorwać się do tłustej, dojnej krowy.
Nasze giełdowe stadko mocno jest już przetrzebione. Jakiś czas temu znalazłoby się sporo okazałych sztuk. Na przykład taki warszawski byczek "Elektriczek". Jak on lśnił dawniej na tle na pół państwowych, świętych krów.
Właściciele myśleli, że zarobią krocie. Ten rodzaj wołowiny rósł w cenę. Wysokie technologie - zdrowa żywność. Analitycy też święcie wierzyli, że będzie dobrze.
Najpierw się jednak okazało, że zawiódł jeden z dozorców. Dogadał się ze znanym hodowcą, koneserem, że mu odsprzeda co nieco na korzystnych warunkach. Zapomniał tylko poinformować właścicieli. Ci na szczęście się zorientowali. Wymienili dozorców.