Były zarząd: nie chcemy być
kozłami ofiarnymi
Krzysztof Piotrowski kierował firmą od 1999 r. - To świetny menedżer. Kraj, który z takich menedżerów rezygnuje, jest na niedobrej drodze - zapewnia prof. Leszek Pacholski, przewodniczący rady nadzorczej Stoczni Szczecińskiej Porta Holding. Przyznał, że rada odwołała kierownictwo spółki pod wpływem nacisków politycznych, społecznych i medialnych. Dlatego, że to był warunek wsparcia przedsiębiorstwa przez państwo i banki. O sukcesach stoczni i jej kierownictwa mają świadczyć przytoczone wczoraj przez byłego prezesa kwoty: 3,7 mld USD ze sprzedaży ponad 150 statków w okresie 10 lat, 300 mln USD - zarobek banków na kredytowaniu firmy, 7 tys. stworzonych miejsc pracy, ponad 270 mln USD środków przekazanych do budżetu.
Dlaczego zatem Stocznia Szczecińska złożyła wniosek o upadłość? Bo z wielu powodów znalazła się w trudnej sytuacji. Główne przyczyny to gwałtowne załamanie popytu na statki w 1997 i 1998 r., zmiana struktury popytu (zmalał popyt na statki produkowane dotąd przez polską firmę) oraz aprecjacja naszej waluty. Ale są i przyczyny leżące po stronie spółki: zbyt wysokie płace i straty na budowie niektórych rodzajów statków i promów. Tak to widzi były zarząd. Opracował plan restrukturyzacji firmy. Straty miały być odrobione w ciągu kilku lat. Spółka potrzebowała jedynie kredytu pomostowego. Ale nie znalazła zrozumienia u banków. - Jesienią przedstawiliśmy bankom raport o stanie firmy, zapoznał się z nim także minister Jacek Piechota. Przez wiele miesięcy nie podjęto żadnej decyzji - twierdzi K. Piotrowski.
Skarb Państwa i banki są innego zdania niż zarząd. Przedstawiciele pierwszego mówią o niegospodarności, bankowcy o błędach w zarządzaniu stocznią.