No, to wreszcie mamy jakiś czad. Po wielotygodniowym kiwaniu się w stosunkowo wąskim kanale, kilka ostatnich sesji przyniosło wreszcie trochę emocji. A wczorajsza, trzeba przyznać, przypomniała stare czasy, gdy na parkiecie się działo, że hej. Szkoda tylko, że raptem przez godzinę, ale i to dobre.
Dobra, dobra... Ale przecież to wszystko Państwo wiecie. To, na co ja chcę zwrócić uwagę, to kulisy naszego ryneczku. Sztucznie podtrzymywanego. W ukropie bowiem wczoraj po raz kolejny znaleźli się zarządzający. Nie wszyscy jednak... Po raz kolejny mści się replikowanie portfeli przez rozmaite fundusze, których menedżerowie koncentrują się głównie na tym, by za bardzo nie odbiegać wynikami od konkurencji. Wobec czego, jeśli na rynku gruchnie wieść, że kolega X wywala akcje z portfela, to - czasem w wielkiej panice - podobnych zabiegów dokonują Y i Z. Po co? Po to, by odkupić niżej. Ale gdzie niżej? Wtedy, gdy nadający ton całej zabawie X zacznie odbierać to, co sam wywalał. Zabieg powtarzają Y i Z. To oczywiście wzmacnia siłę takich, czasem bardzo krótkoterminowych, trendów. Wyrolowani zostają ci, którzy pozostają poza kręgiem znajomych królika. Czyli większość. Bo albo dają się robić w konia, usiłując łapać dołki (i obcinając brzytwą trendu własne niecierpliwe łapki), albo w panice oddają coś, co zaraz wzrasta w kosmicznym tempie. Szlag ich trafia, a pociąg odjeżdża.
Ale pocieszę wyrolowanych. Wczoraj zgodności nie było nawet w kręgu królika i jego znajomych. A skala tąpnięcia na otwarciu przeraziła nie na żarty nawet niektórych twardzieli. Zwłaszcza tych, którzy nie sprzedawali i szukali źródeł podaży po stronie zagranicy. Ale przekonani do tej tezy nie byli. I zaraz po maleńkim światku zacznie się rozchodzić smrodek, że ktoś się z kręgu znajomych (może sam królik?) wyłamał i zrobił kuku nawet kolegom od piwa. Nieładnie, ale w końcu rozliczenie półrocza tuż- tuż, więc napięcie rośnie. A oprócz "emerytów" w zabawie coraz bardziej mają ponoć brać udział banki, spanikowane ciężko rezerwami, które trzeba będzie tworzyć na pakiety przecenianych akcji. Obserwacja tego, co spadało (ale było kupowane, by uśrednić cenę nabycia), a potem nagle sobie urosło, że hej (żeby ograniczyć straty na portfelu) wiedzie do spiskowych teorii dziejów. Z których wiele jest pewnie zaskakująco prawdziwych.
OK, pogadaliśmy, pora wracać na parkiet. Bo może jeszcze będzie ciekawie. I dobrze. Bo najgorszy jest właśnie bezruch. W końcu poza kasą liczy się także adrenalinka. A tej było wczoraj sporo. I tak trzymać!