Czy w finansowym światku można jeszcze komukolwiek wierzyć? Co chwilę z szafy któregoś z wielkich przedsiębiorstw z potwornym hukiem wypada zupełnie świeży trup. I przywala dopiero co podnoszące głowy giełdy. Gdzie się człowiek - choć nie wiem, czy analityk to człowiek, czy cyborg... No właśnie, gdzie się cyborg nie obejrzy, to ktoś na czymś chce go wykorzystać (delikatnie rzecz ujmując). Normalnemu inwestorowi wątroba się wywraca. To, że w Polsce złodziejstwo i korupcja to normalka - już pewnie nie robi większego wrażenia (poza rosnącą bezsilnością). Gorzej, że blamaż zdarzył się także naszej tradycyjnej krainie snów i marzeń - Stanom Zjednoczonym.

Mity diabli biorą. Nie dość, że bandyta bin Laden upokorzył Stany, niszcząc mit o mocarnym imperium, to jeszcze sami hołubieni amerykańscy menedżerowie, spece w śnieżnobiałych koszulach, kopią dołek pod wiarygodnością tamtejszego biznesu. Szefowie firm, ich właściciele, rady nadzorcze, audytorzy, analitycy - cała ta śmietanka biznesowa nie wydaje się już taka miła jak niegdyś. Piękne biura muszą teraz nieźle wkurzać tych, którzy stracili kupę forsy dzięki ich lokatorom. Gorsze notowania muszą mieć teraz także wyszczekani lalusie w nienagannie skrojonych garniturkach, gwałcący - z fałszywym uśmieszkiem na ustach - portfele swoich klientów za porady i konsultacje. I przywodzą na myśl cwanych agentów Matrixa.

Ufać pozostaje obecnie przede wszystkim zdrowemu rozsądkowi. Własnemu, bo cudzy zbyt często uważany był w ostatnich latach za towar, co napędziło chyba jedną z najbardziej kompromitujących świat finansowy hossę (a raczej histerię) internetową. Dobrze, że tą wielką lipę mamy za sobą. I dobrze również, że rynek wciąż nie może się pozbyć czkawki po tej balandze. Może wnioski będą przynajmniej trwalsze. Ale, oprócz bolesnej nauczki z internetowej "ściemy", rynek musi szybko stosować nauki płynące z koszmarnych afer Enronu czy WorldCom.

Strasznie rozbawiła mnie wypowiedź jednego z francuskich analityków. Wręcz krzyczał on, że przecież załamanie kursów jest nieuzasadnione, że fundamenty nie są aż takie złe. Ktoś inny dodawał, że przydałoby się, żeby jakiś znany analityk wstał i ochrzanił cały rynek za panikowanie. Desperacji się nie dziwię (zwłaszcza jeśli ktoś w dwa lata stracił prawie wszystko, co zainwestował, kupując praktycznie bezwartościowe - jak się okazało - akcje FT czy DT...). No więc, można sobie pokrzyczeć (ponoć niektórym pomaga). Ale z zaklinania rzeczywistości na dłuższą metę nie będzie nic. Fundamenty, koledzy, fundamenty a nie czary-mary. W przeciwnym razie wracamy w Matrix.

A wnioski inwestycyjne? Krew się polała, aż miło. Jednak trochę tych trupów powypadało z szaf - zarówno na rynku światowym, jak i na naszym rodzimym ryneczku. Wiemy już, że trzeba uważnie, a nawet podejrzliwie spoglądać na raporty i bajania menedżerów, upapranych jednocześnie w oferowanie i wycenę analityków czy audytorów. Kryzys, o ile nie zabije pacjenta, działa jak katharsis. Wielkie oczyszczenie. Bolesne, ale konieczne. Żeby mogły przyjść koniunktura, optymizm i hossa. Nie inaczej będzie i w tym przypadku. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. W końcu jesteśmy fighterami, nie?