- Podkomisja nie przyjmuje wyjaśnień zarządu, że nie posiadał on wystarczających informacji i nie może odpowiadać za upadek Enronu. Dowody świadczą o tym, że rada dyrektorów akceptowała ryzykowne praktyki prowadzenia księgowości i inne nadużycia - stwierdził Carl Len, przewodniczący Stałej Podkomisji ds. Dochodzeń amerykańskiego Senatu.
Ponad 60-stronicowy dokument ogłoszony przez podkomisję stanowi podsumowanie wielomiesięcznego śledztwa przeprowadzonego na zlecenie izby wyższej amerykańskiego Kongresu. Z raportu wynika, że dyrektorzy firmy w niewystarczającym stopniu chronili interesy akcjonariuszy i mieli swój udział w bankructwie energetycznego kolosa.
Zdaniem senatorów, wina zarządu polegała na "grzechach" zaniechania: rada dyrektorów nie powstrzymała ryzykownych praktyk rozliczeniowych, nie zapewniła niezależności audytora (Arthur Andersen), który jednocześnie prowadził działalność konsultingową w firmie, a także nie zabezpieczyła interesów udziałowców w spółkach zależnych. Na przykład dyrektor finansowy Enronu Andrew Fastow prowadził za wiedzą zarządu spółkę partnerską LMJ, która osiągała profity kosztem Enronu.
Szefowie Enronu są także odpowiedzialni za gigantyczne wynagrodzenia dla najwyższego menedżmentu spółki, które dodatkowo pogorszyły kondycję finansową firmy. Pominięto milczeniem ostrzeżenie Davida Dunbcana, audytora firmy Arthur Anderesn, który ostrzegł, że Enron zaangażowany jest w ryzykowne praktyki rozliczeniowe. Prawnicy spółki nie byli zaskoczeni wynikami dochodzenia, które - ich zdaniem - były z góry ukartowane.
Śledztwem objęto ostatnie trzy lata działalności Enronu, zakończone ogłoszeniem 2 grudnia ub.r. największego bankructwa w historii korporacyjnej Ameryki. Podkomisja wydała ponad 50 nakazów sądowych i przesłuchała 13 członków zarządu. Wyniki śledztwa mają posłużyć jako argument dla zaostrzenia kontroli nad księgowością spółek publicznych. Podkomisja opowiedziała się także za zakazem prowadzenia działalności audytorskiej i konsultingowej przez jedną firmę dla tego samego klienta.