Żeby nie było tak, że tylko ja się ciągle czepiam deficytu i absurdalnego zadłużania państwa, tym razem wykorzystam cytat z "Gazety Prawnej". Oto jak napisano: "Polskie przedsiębiorstwa zamiast przeznaczać wolne środki na dalszy rozwój, inwestować w nowe technologie i tworzyć miejsca pracy, zwiększać konkurencyjność gospodarki oraz eksport, wolą kupować obligacje gwarantujące kilkunastoprocentowy zysk". No i bardzo dobrze, że także takie pisma, jak "GP" dostrzegają narastającą paranoję, której źródłem - poza zapaścią koniunktury - jest błędna polityka państwa. Replikowana i intensyfikowana przez kolejne ekipy.

O groźnym koszcie deficytu i konsekwencjach dodrukowywania pieniądza w postaci emitowania ton obligacji i bonów skarbowych pisałem już tyle razy, że mnie samego czytanie własnych wypocin zaczyna irytować. Ale MUSZĘ przypominać o w sumie dość prostych sprawach w związku z nowym rozdziałem, które w naszych dziurawych finansach publicznych może otworzyć dymisja Marka Belki. Może, choć wciąż wierzę, że nie musi. To znaczy, że mam nadzieję, iż Grzegorz Kołodko zrezygnuje z politycznych sloganów na rzecz rozwiązań stabilnych. Nie mam nic przeciw innowacjom, byle tylko nie przeczyły zdrowemu rozsądkowi. A sugestie dość luźnego podejścia do kwestii deficytu budżetowego ze zdrowym rozsądkiem nie mają wiele wspólnego.

Mimo wszystko, mam nadzieję, że profesor-minister nie da się swoim kolegom i nie pozwoli na uprawianie polityki dodrukowywania pieniądza (czytaj: emitowania dodatkowych partii papierów skarbowych). Boję się zabiegów księgowo-statystycznych, które mogą prowadzić do omijania zasady trzymania w ryzach deficytu budżetowego. Rosnące kłopoty wielkich zakładów lub nawet całych branż i coraz większe napięcie społeczne może bowiem skłaniać polityków do stosowania twórczych metod rachunkowych. Tak by zobowiązań budżetu nie było za bardzo w budżecie widać. Albo żeby nie wyglądały na dług. A przecież de facto tak będzie z przejmowaniem zadłużenia firm w postaci gwarantowania obligacji emitowanych dla banków - wierzycieli.

Apetyt na kasę z budżetu będzie rósł jeszcze bardziej w związku z wyborami samorządowymi. Bezsensowne i szkodliwe upartyjnienie tego szczebla władzy sprawia, że rządząca koalicja będzie chciała wykazać się inicjatywą. I tym, że robi wszystko, by Polska rosła w siłę, a Polakom żyło się dostatniej. Tego się należy bać. Bo więcej kasy z budżetu to mniej kasy dla firm (poza tymi wybranymi, nieefektywnymi, wyciągającymi rękę po pieniądze podatników). To także wspomniana na początku sytuacja, w której firmy wolą inwestować wolne środki w papiery skarbowe, a nie we własne przedsięwzięcia. Tak samo zresztą będą postępować banki. Rosnące zapotrzebowanie na budżetową kasę podroży koszty jej pozyskiwania. Wzrosną rynkowe stopy procentowe. I tak obserwować będziemy paranoi ciąg dalszy.

Próba ożywienia "trupa" polskiej gospodarki przez wydawanie pieniędzy z budżetu to pomysł na pół roku, może rok. Co potem? Potop? Czy może liczenie na pomocną dłoń bratnich krajów Unii Europejskiej? A przecież naszych kłopotów z budżetem nie omieszkają one wykorzystać jako argumentu przeciw akcesji.