Nastrój, jaki przebija z większości komentarzy dotyczących rynku kapitałowego oraz tych, traktujących o naszej gospodarce jest, delikatnie mówiąc, daleki od optymizmu. W podobnym stanie ducha znajdują się polscy inwestorzy giełdowi, co w normalnych warunkach powinno ważnym ludziom popsuć nastrój, jako że jest to grupa wiarygodna, bo głosująca własnymi pieniędzmi. Niestety, warunki nie są normalne. Roszady w rządzie (mówi się, że mogą być zmiany jeszcze w dwóch resortach) porządnie wystraszyły inwestorów (zwłaszcza zagranicznych, bo ci mają dokąd uciekać). Złoty poważnie osłabł, wzrosła rentowność obligacji, a rynki z niecierpliwością wyczekują na rozwiązanie dylematu: czy Grzegorz Kołodko pozostał publicystą, czy też obudził się w nim ekonomista znający realia, w których przyszło mu działać. Na razie nowy minister finansów nie zabiera głosu. Pamiętamy jednak premiera, który też nic nie mówił. Nie jest on dzisiaj zaliczany do najwybitniejszych postaci życia politycznego w historii Polski.

Cała więc nadzieja w ambicji profesora Kołodki, bo on pewnie chciałby być uznany za wybitnego. Niestety, jesienią tego roku odbędą się wybory samorządowe, co prawdopodobnie nie pozwoli na rozważne posunięcia. Rząd już rozdaje kiełbasę wyborczą (np. wyprawki dla pierwszoklasistów), a spadająca popularność koalicji każe zapewne zintensyfikować tego typu działania.

Byłoby dobrze, aby za kilka czy kilkanaście miesięcy nie okazało się, iż w tej oto chwili dokonuje się wyboru między ścieżką meksykańską a argentyńską.