Sesja była zwieńczeniem wtorkowego wybicia z trójkąta (niestety do dołu) i kolejnej afery księgowej, która mocno przeceniła amerykańskie indeksy. Nie mogło to pozostać bez wpływu na nasz rynek i już na otwarcie kontrakty spadły do najniższego poziomu w tym roku (1164 pkt.). Nie pomogło tutaj żadne duże wyprzedanie i ostatnie przebijanie linii trendu spadkowego. Nic nie powstrzyma giełdowych niedźwiedzi, gdy te co kilka dni dokarmiane są nowymi finansowymi skandalami, które nie tylko odkrywają braki miliardów dolarów, ale podważają zaufanie do całej giełdy. Sam strach przed takimi oszustwami dobija rynki chyba bardziej niż nagłaśniane wcześniej zagrożenia terroryzmem.
O wczorajszej sesji trudno długo się rozpisywać, bo od wspomnianej luki do końca sesji dominował trend boczny. Rozpiętość wyniosła zaledwie 10 pkt., a nowy dołek całej fali spadkowej wyznaczony został na 1158 pkt. Mimo że dominował trend boczny, ciekawa była ostatnia godzina notowań. Przy całkowitej bierności kontraktów, indeks stracił prawie 10 pkt. Podczas tego całego spadku, zamiast analogicznej przeceny kontraktów, oglądać mogliśmy tylko dynamiczny spadek liczby otwartych pozycji, która w ostatniej godzinie zmniejszyła się o 1000 szt. Widać dość wyraźnie, że była to realizacja zysków z krótkich pozycji. Efektem tego jest zmniejszenie bazy do -7 pkt., podczas gdy dzień wcześniej wartość ta dochodziła do -25 pkt. Inwestorzy chyba przestraszyli się trochę broniącego się grudniowego dołka i poziomu zniesienia 62-proc. fali wzrostowej zapoczątkowanej w październiku. Trudno wyznaczać dołek na takim rynku. Można jedynie powiedzieć, że dno osiągniemy w momencie, gdy inwestorzy i analitycy będą się bać choćby wspomnieć o korekcie, a media zaczną nieco głośniej mówić o giełdowym dramacie.