Mimo że giganci z Wall Street na analizy wydają miliardy dolarów, na polu rekomendacji mają gorsze wyniki niż niezależne butiki.
Jednym z powodów, dla których instytucjonalni inwestorzy już kilka lat omijają duże banki inwestycyjne, jest też niechęć do gwiazdorstwa. Im bardziej popularne w okresie internetowej gorączki stawały się takie nazwiska, jak Henry Blodget z Merrill Lynch, Mary Meeker z Morgan Stanleya czy Jack Grubman z Salomon Smith Barney, tym bardziej rosła do nich nieufność największych graczy giełdowych.
Stosunek do rekomendacji z Wall Street ilustruje podejście Philipa Orlando z Value Line Asset Management, zarządzającego 6 mld USD. W porze lunchu na monitorze jego komputera pojawia się kilkadziesiąt rekomendacji firmowanych przez analityków z Wall Street. Kiedy wraca, wszystkie wykasowuje.
Nikos Monoyios, zarządzający w Oppenheimer Funds Inc. 17 mld USD, wymienia takie wady raportów specjalistów z Wall Street, jak stronniczość, niewiarygodność oraz nieekskluzywność.
Analityczne butiki, nie uwikłane w konflikty interesów między działami analitycznymi a bankowością inwestycyjną, na polu rekomendacji osiągają lepsze rezultaty.