Minister finansów Grzegorz Kołodko nie uzyskał poparcia Samoobrony. Ta radosna i zarazem sensacyjna wiadomość obiegła wczoraj polityczno-finansowy światek. Przewodniczący jedynie słusznej partii Andrzej Lepper powiedział - "to nie jest ten Kołodko, którego Samoobrona chciała poprzeć". Uważa on, że minister zmienił poglądy. - To nie ten Kołodko, który pisał program dla Polski, widział zmiany finansowe w gospodarce polskiej, mówił, że trzeba ograniczyć prawa Rady Polityki Pieniężnej, że Balcerowicz musi odejść - mówił wczoraj w Lublinie Lepper.

Jak ja się cieszę, że pan Andrzej już nie lubi ministra, którego wcześniej w całej rozciągłości popierał. Gdyby było odwrotnie, to pewnie za dolara płacilibyśmy już 6 zł, a o jednocyfrowej inflacji należałoby zapomnieć. Kołodko rzeczywiście zasługuje na potępienie, a może i na najwyższy wymiar kary, bo zamiast rozpędzić RPP i wykurzyć Balcerowicza z warowni NBP, postawił na dialog. A przecież z takimi "tępakami" nie da się rozmawiać. Rozgonić, pozamykać, zablokować, a potem ewentualnie negocjować, to jest właściwa - według Samoobrony - strategia działania ministra finansów. I ja się nie dziwię Samoobronie, że jest oburzona biernością ministra. Bo ten zamiast od razu wziąć się do dzieła po objęciu stanowiska po Marku Belce, popadł w stan milczącej hibernacji. I ja wiem, po co to zrobił. Minister Kołodko po prostu potrzebował czasu, żeby się przepoczwarzyć. Zasklepił się w kokonie jako brzydka poczwarka strasząca wszystkich, w tym RPP, potrzebą poluzowania polityki finansowej państwa oraz deklarująca wolę dewaluacji złotego. Wszyscy czekali w napięciu, co się z tego wykluje. Czekała też Samoobrona, widząca już usportowionego ministra Kołodkę, jak z podobizną Leppera w klapie wdrapuje się na wzniesioną barykadę z okrzykiem: - Balcerowicz musi odejść!!!

I co? Z kokona po 10 dniach wyszedł biały motyl, który na konferencji prasowej podnosił demonstracyjnie swoje delikatne skrzydełka (w błysku fleszy i kamer), pokazując dziennikarzom, że nie jest nielotem, a wręcz przeciwnie - potrafi unosić się na falach ścierających się różnych interesów. A jest to sztuka niezwykle trudna. Coś tam mówi o luzowaniu, ale bardzo delikatnie. Uśmiecha się, przekazuje pojednawcze gesty. Nasz biały motyl już nie potupuje i nie kąsa na oślep jak insekt. Jest jak anioł mający na ustach (a nie na różowej sukience, jak pani premierowa) wypisane słowa peace (pokój) i love (miłość). Niesie nam dobrą nowinę. Mówi, że będzie pięknie, tylko musimy w to uwierzyć. Andrzej Lepper chyba nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji. Nie wie, czy Kołodko symuluje udając motyla, czy rzeczywiście coś w nim pękło i przeszedł na drugą stronę barykady. Na wszelki wypadek postanowił pogrozić palcem. Panie Ministrze, tym razem trzymam za pana kciuki, choć sam w metamorfozę nie bardzo wierzę. Dopóki nie odzyska Pan poparcia Andrzeja, ma Pan moje poparcie, choć wiem, że to niewiele znaczy, jeśli chodzi o wartość dodaną. Ale nie mogę wiele dać, bo sam niewiele mam. Niech Pan spojrzy na giełdowe indeksy, to Pan zrozumie. Będę Pana jednak wspierał duchowo i dopingował w dalszym rozwoju jako motyla. Byleby tylko nie skończyło się to dla mnie bolesną niespodzianką, podobną do tej, jaką przeżył pewien mężczyzna całujący się z kobietą. Był tak tym zajęty, że dopiero po kwadransie zauważył jakiegoś człowieczka podchodzącego do nich co jakiś czas i spoglądającego przez ramię na partnerkę. W końcu mężczyzna zdenerwował się i wrzeszczy

- Co pan, zboczeniec jakiś?

- Nie, ale żona ma klucze.