Piotr Marczak, wicedyrektor Departamentu Długu Publicznego w MF, powiedział w mijającym tygodniu, że pomysł uruchomienia takich lokat był rozważany od dawna, ale nie można go było wprowadzić w życie ze względu na dużą nadpłynność w sektorze bankowym. W takiej sytuacji lokowanie pieniędzy w bankach nie miałoby sensu, bo one i tak przekazywałyby te środki do NBP. Resort otrzymywałby natomiast niższe oprocentowanie niż w przypadku bezpośredniego deponowania pieniędzy w banku centralnym. W lipcu na lokatach rządowych w NBP znajdowało się 12,3 mld zł.
Banki, w których MF lokowałoby swoje środki, miałyby być wybierane z grona dealerów papierów skarbowych. Depozyty byłyby zabezpieczone posiadanymi przez banki bonami i obligacjami skarbowymi.
W opinii Jacka Wiśniewskiego, szefa działu prognoz i analiz w Pekao SA, uruchomienie nowego rodzaju lokat powinno spowodować spadek krótkoterminowych stóp procentowych. - Efekt ten będzie tym silniejszy, im mniejszy będzie poziom nadpłynności banków - mówi J. Wiśniewski. Jego zdaniem, nadpłynność banków generalnie spada, rośnie natomiast wartość lokat rządowych w NBP. J. Wiśniewski zwraca również uwagę na fakt, że w tym roku praktycznie każdego dnia bardziej opłacalne było lokowanie pieniędzy na rynku niż w banku centralnym. Stopa rynkowa przewyższała bowiem stopę interwencyjną.
Innego zdania co do wpływu depozytów MF na poziom stóp procentowych jest Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. - Przy obecnej nadpłynności banków napływ pieniędzy z resortu finansów nie spowoduje spadku oprocentowania. Będzie to możliwe tylko w wyjątkowych sytuacjach, np. przy silnych oczekiwaniach na obniżkę stóp. Nadpłynność banków znacząco wtedy spada, bo kupują one bony skarbowe - mówi M. Reluga.
Ekonomiści zgadzają się natomiast co do tego, że deponowanie pieniędzy rządowych poza NBP nie spowoduje wzrostu inflacji. - Środki te i tak trafią ostatecznie do NBP. Z punktu widzenia inflacji nie ma znaczenia, czy stanie się to pośrednio - twierdzi J. Wiśniewski. - Kwoty, jakie mogą wchodzić w grę, są zbyt małe, aby mogły mieć wpływ na wskaźnik cen - argumentuje M. Reluga.