W równym stopniu, co da-ne o regionalnych re-kordach bezrobocia, powinny przerażać analizy, sugerujące, że już w przyszłym roku dług publiczny może przekroczyć równowartość 50% produktu krajowego brutto. Piszę "powinny", bo obawiam się, że na wyobraźnię ludzi zadziała jednak głównie informacja o sięgającej lokalnie nawet 40% skali bezrobocia, zwłaszcza że będzie ona pewnie nagłaśniana przez wszystkie populistyczne ugrupowania. Dane o długu, które mogą świadczyć o zaczynie prawdziwej katastrofy, będą zaś bólem głowy ekonomistów i analityków. A ja tymczasem śmiem twierdzić, że to właśnie ta druga wielkość powinna być przyczyną ogłoszenia ogólnonarodowego alarmu.
Jeśli spełni się bowiem czarny scenariusz, to już za trzy-cztery lata dług publiczny przekroczy 60% PKB. Odkrycie, że nastąpiło złamanie konstytucji i postawienie przed Trybunał Stanu odpowiedzialnych za to polityków, nic nam nie da. Będziemy mieli katastrofę. Polska może stracić płynność (możliwość obsługi długu i refinansowania go przez nowe emisje), czyli najzwyczajniej zbankrutować. Liczenie na to, że akcesja do Unii załatwi problem, jest głupotą. Bo tolerowanie m.in. tak dramatycznego pogarszania się sytuacji finansów publicznych może sprawić, że do żadnej Unii nie wejdziemy. Może tam siedzi tysiące biurokratów, ale część z nich naprawdę umie liczyć i wciskanie im ciemnoty propagandowej - o korzyściach wynikających dla UE z naszej akcesji - niekoniecznie wystarczy. A fatalny stan finansów publicznych i rosnąca fala agresywnego populizmu (vide: Szczecin) będą znakomitymi argumentami, by zamurować granice UE przed polskimi ambicjami. Wtedy zaś zostaniemy sam na sam ze starymi, ale niekoniecznie dobrymi znajomymi ze Wschodu.
Nie ma żadnej cudownej i bezbolesnej metody radzenia sobie z obiektywnym faktem, że jesteśmy krajem relatywnie biednym i źle zorganizowanym. Pisałem już, że zwiększanie zadłużania w celu chwilowego złapania oddechu przypomina złudzenia alkoholika, sięgającego już tylko po jedną, tę ostatnią butelkę. Po której przychodzi następna, kupiona na krechę. Spirala śmierci dotyczy także budżetu. Dziesiątki razy pomstowałem na absurdalne topienie Polski w powodzi papierów skarbowych. Jak pisaliśmy niedawno, wydaje się, że to wszystko jest jak walenie grochem o ścianę. Bo przecież uzupełnianie luk w budżecie - jak np. tej z fiaska prywatyzacji - "dodrukiem" bonów i obligacji zwyczajnie zaczyna nas zabijać. Państwo kradnie z rynku kapitał, który potrzebny jest firmom. Państwo podbija stopy procentowe, bo musi oferować przyzwoitą rentowność nabywcom swoich papierów. Wreszcie państwo zaciska pętlę zadłużenia na portfelach naszych i naszych potomków. Czy ktoś w ogóle myśli, kto, kiedy i jak spłaci ten gigantyczny stos wieloletnich zobowiązań? I czy myśli o sytuacji, w której potencjalni nabywcy sprzedawanego hurtem długu powiedzą "NIE, więcej już nie chcemy". Nie ma żadnej gwarancji, że Polska nie pójdzie w ślady Elektrimu czy Netii.
Pamiętajmy też, że mówimy o PUBLICZNYCH, czyli NA-SZYCH pieniądzach. O haraczu, który musimy płacić w postaci podatków. I który będą musiały płacić nasze dzieci. Dług publiczny to nasz wspólny garb. Wszyscy jesteśmy zadłużeni po uszy. Tolerując głupotę i bezczelność odpowiedzialnych za jego narastanie polityków, przegrywamy szanse na bezpieczną przyszłość. Naprawdę, larum grają. Tylko czy politycy to usłyszą? I co więcej - czy w ogóle zrozumieją, jak bardzo dramatyczną przyszłość mogą nam wszystkim zafundować?