Byli członkowie zarządu WorldCom, a nawet szeregowi pracownicy przyznają, że Bernie Ebbers był zdecydowanym przeciwnikiem sprzedawania przez nich akcji i takie posunięcie groziło nawet zwolnieniem. Osoba, która zdecydowała się na sprzedaż walorów WorldComu zazwyczaj była wzywana "na dywanik" do szefa, gdzie w ostrych słowach dostawała reprymendę. Scenariusz taki dotyczył zresztą nawet najbliższych współpracowników Ebbersa.

Pragnący zachować anonimowość były pracownik WorldComu w rozmowie z "Financial Times" opisuje Ebbersa jako biznesmena, który miał wręcz obsesję na punkcie podtrzymywania wartości rynkowej spółki. Posiadanie akcji spółki uznawał za znak lojalności wobec niej. - Dla mojego byłego szefa było oczywiste, że gdy sprzedaje się akcje spółki, nie ma się później prawa do objęcia opcji na kolejne walory, ponieważ nie wierzy się w przyszłość firmy - podkreśla.

Do legendy przeszła w WorldComie opowieść o tym, jak to Ebbers uświadamiał jednego z pracowników firmy, który sprzedał akcje, gdy spółka była na fali wzrostowej, o podjęciu złej decyzji. Pracownik ten pozbył się walorów, by kupić samochód. Ebbers systematycznie wyliczał mu wartość auta wraz ze wzrostem kursu akcji, mawiając np., że jeździ już samochodem wartym ponad 200 tys. USD.

Bernie Ebbers, który zrezygnował z funkcji dyrektora generalnego WorldComu w kwietniu br., sam służył przykładem. Nie sprzedał akcji, a nawet pożyczał od firmy pieniądze, by móc dokupić jej walorów. Takie zachowanie wzbudziło jednak podejrzenie władz federalnych, które od czasu upadku WorldComu, po informacji o manipulacjach księgowych w firmie wycenianych na 7 mld USD, próbują udowodnić Ebbersowi, że był zamieszany w ten proceder. Zarówno przedstawiciele WorldComu, jak i adwokat byłego szefa spółki nie chcieli komentować informacji podanych przez "Financial Times".