Każdy lubi dobre informacje. Ja też. Dlatego ze wzrastającym podziwem przeczytałem komunikat Ministerstwa Finansów, jak to - mimo kryzysu i ograniczeń budżetowych - walczy ono z bezrobociem. Resort, nie bacząc na trudy i niebezpieczeństwa oraz mały budżet (czytając to miałem wrażenie, że jego administratorzy wydali na ten cel WŁASNE pieniądze), zatrudnił kilku absolwentów szkół zawodowych przy robotach remontowych. No, no - pomyślałem - nie każdego ministra na to stać. Zwykle bowiem, jak już daje się komuś żyć na koszt podatnika, to jest to albo znajomy z partii, albo z koalicji, albo znajomy znajomego. A tu... Aż się chce bić brawo.
Jednak nie od dzisiaj wiadomo, że Ministerstwo Finansów to specyficzna instytucja, zawsze działająca wielowymiarowo. Najczęściej - w dwóch przeciwnych kierunkach. Kolejni ministrowie np. deklarują zainteresowanie bytem i rozwojem małych i średnich firm. I gdy już wypowiedzą swoją troskę na konferencji prasowej, wracają do gabinetów i podpisują kolejne wersje ustaw, które zwiększają obciążenia podatkowe małych i średnich firm. Albo robią wszystko, aby zwiększyć wpływy budżetowe, a przecież każdy urzędnik skarbowy wie, że najłatwiejsi do oskubania są właśnie mali prywaciarze, którzy nie mają ani pieniędzy na prawników, ani też nie są w stanie rozeznać się w dżungli przepisów. Przedstawicieli ministerstwa niepokoi niski poziom inwestycji, ale bez mrugnięcia okiem wprowadzają podatki, które powodują spadek oszczędności Polaków. Nie będę już wspominał o emisji papierów skarbowych, drenującej rynek ze środków na kredyty dla firm, bo rządzący wykazują w tej sprawie całkowitą odporność na argumenty.
Jak się szybko okazało, także i walka z bezrobociem, prowadzona przez resort finansów, jest wielowymiarowa. I znowu na zasadzie krok w przód, krok w tył. Bo okazało się, iż ministerstwo uznało, że dla ogólnego uświadomienia społecznego powinno rozmawiać samo ze sobą. Brzmi to nieco schizofrenicznie, ale tak jest - otóż każdy żądny wiedzy Polak będzie mógł teraz poznać wiceministrów zatrudnionych w resorcie dzięki wywiadom, jakie pracownicy biura prasowego z nimi przeprowadzą.
Pominę już fakt, że paru pytań w wywiadzie z odpowiedzialnym za dług publiczny wiceministrem Ryszardem Michalskim brakuje - np. czy planowana jest zmiana ustawy o finansach publicznych, a konkretnie - wyrzucenie z niej procedur ostrożnościowych, gdy dług państwa przekroczy 50% PKB? Bo przecież większość analityków uważa to za prawie pewne. Czy resort planuje reformę finansów publicznych, tak aby zamiast wyrzucać pieniądze na obsługę rosnącego długu, budżet był w stanie wygospodarować środki i na składkę na Unię Europejską, i na współfinansowanie programów pomocowych? A jeśli są takie plany - to jakie wydatki zostaną zlikwidowane? Tych pytań byłoby więcej, ale przecież są głupie i odpowiedzią na nie nikt się nie interesuje. Uznano najwyraźniej, że ludzie z biura prasowego zadadzą o wiele celniejsze i głębsze pytania. I na pewno nie będą krytyczni wobec swoich szefów - w końcu to inteligentni ludzie.
Jednak, na litość Boską, panie ministrze Kołodko. Tak się składa, że z robienia m.in. wywiadów w tym kraju żyje trochę osób. Jeśli zatrudni pan do tego ludzi z biura prasowego, nie będziemy mieli zajęcia i pójdziemy na bruk. I co - zatrudni nas pan przy remontach w Ministerstwie Finansów, żeby znowu móc imponować opinii publicznej, jak ślicznie wydawane są pieniądze podatników? Mnie pewnie nie, bo już od dawna nie jestem absolwentem, a na dodatek nigdy nie skończyłem szkoły zawodowej.