Prace w komisji to "dogrywka" po zmianie prognozy przyszłorocznej inflacji. Według oceny Rady Ministrów, średnioroczny wzrost cen wyniesie w 2003 r. 2,3%, a nie 3% jak pierwotnie planowano. Zmiana tych szacunków oznacza konieczność rewizji innych wskaźników, które są negocjowane z partnerami społecznymi. Pierwszy to wzrost pensji w sferze budżetowej. Drugi to pułap zwiększania płac u przedsiębiorców podlegających tzw. negocjacyjnemu systemowi kształtowania wynagrodzeń. W praktyce dotyczy to przede wszystkim firm państwowych.
Z informacji uzyskanych przez PARKIET wynika, że podczas środowego spotkania zespołu budżetowego komisji potwierdzono wcześniej przyjęte zasady zwiększenia wskaźnika wzrostu wynagrodzeń budżetówki. Ma to być inflacja plus 1 pkt. proc. Przyjęto też propozycję rządu, który chce, żeby realny średnioroczny wzrost pensji w przedsiębiorstwach wyniósł 0,7 pkt. proc.
Rzecz w tym, że zespół pracował na poprzedniej wersji założeń. Na tej podstawie podwyżki w budżetówce wyniosłyby nominalnie 4%, a pensje w państwowych firmach zwiększyłyby się o 3,7%. Tymczasem już wiadomo, że Rada Ministrów chciałaby wzrostu o (odpowiednio) 3,3% i 3%.
Jak się dowiedzieliśmy, zastrzeżeń do korekty obu wartości nie mają pracodawcy i OPZZ. Decyzji nie podjęła jeszcze Solidarność. To na jej życzenie zespół ma spotkać się jeszcze raz. Czasu na negocjacje jest niewiele, bo już we wtorek decyzję w sprawie założeń budżetowych chciał podjąć rząd.
- Mam nadzieję, że rząd nie będzie ustępliwy. To logiczne, że zmniejsza się wskaźniki, bo niższa jest prognoza inflacji. Jeśli pozostawiono by je na wcześniej ustalonym poziomie, to oznaczałoby to realny wzrost kosztów w przedsiębiorstwach, przez co np. nie powstawałyby nowe miejsca pracy - uważa Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.