Maciej Kujawski, rzecznik prasowy warszawskiej prokuratury, informuje, że najczęściej do prania brudnych pieniędzy wykorzystywane są kraje byłego Związku Radzieckiego. Bywa jednak i tak, że prokuratura musi zasięgać informacji w Singapurze czy Chinach. To znacznie utrudnia jej pracę. - Za każdym razem musimy zwracać się o pomoc prawną w tych krajach - mówi rzecznik. Przede wszystkim wydłuża to czas potrzebny do przygotowania oskarżenia, ze względu na konieczność żmudnego potwierdzania danych czy przesłuchiwania podejrzanych na odległość. Ponadto niejednokrotnie tropi się spółkę, która już nie istnieje albo posiada tylko skrytkę pocztową gdzieś w raju podatkowym.
Pieniądze płyną tu i tam
Międzynarodowe powiązania w sprawach związanych z praniem brudnych pieniędzy to norma. M. Kujawiski jako przykład podaje rachunek, którego właścicielem jest spółka zarejestrowana na Ukrainie, kontrolowana przez firmę z Łotwy. Ta z kolei należy do spółki z Kajmanów, zarejestrowanej przez Polaka.
Innym razem do Polski, na podstawie bardzo wątpliwej jakości faktur, kierowane były z Austrii ogromne kwoty. Na miejscu dokonywano "dystrybucji" tych pieniędzy do Czech, Wielkiej Brytanii, Singapuru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czy też na Malediwy. Ponadto część przelewów z powrotem była wysyłana do Austrii.
Według M. Kujawskiego, takie transfery to standard. Na przykład na rachunek pewnego Polaka niespodziewanie zaczęły wpływać miliony dolarów. Ten, korzystając z zezwoleń dewizowych, wysyłał pieniądze do wielu państw świata. - W tym przypadku pieniądze trafiały do Polski z USA, po drodze przechodząc przez Łotwę - mówi rzecznik prokuratury.