Po krótkotrwałym spadku ceny ropy naftowej znowu poszły wczoraj w górę. Za miedź płacono tyle samo, co we wtorek, a złoto nieco staniało. O zwyżce cen ropy przesądziły dwie informacje. Pierwsza o przygotowaniach prezydenta Busha do spotkań z kongresmenami, w czasie których ma im wyjaśnić, dlaczego Stany Zjednoczone powinny zaatakować Irak. Druga o wynajęciu statku, który ma przetransportować amerykański sprzęt wojskowy w rejon Bliskiego Wschodu. Obie potwierdzają przygotowania USA do wojny z Saddamem Husajnem, a to zwiększa obawy, że dostawy ropy z Bliskiego Wschodu mogą być przerwane, a co najmniej zakłócone. To powoduje wzrost popytu na ropę teraz, kiedy jest ona dostępna bez żadnych kłopotów, a większy popyt zawsze sprzyja wzrostowi cen.

Rzecznik prasowy amerykańskiej marynarki wojennej potwierdził wynajęcie statku, który miał być gotowy wczoraj i powinien zostać załadowany w ciągu 24 godzin. Według informacji prasowych, jest to jednostka o powierzchni załadunkowej przekraczającej rozmiary boiska piłkarskiego i zdolna przetransportować 67 czołgów M1 Abrams.

W rezultacie po południu w Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą na październik płacono 26,90 USD, a więc o 1,2% więcej niż na wtorkowym zamknięciu.

Cena miedzi utrzymała się wczoraj po południu na poziomie wtorkowego zamknięcia, a więc 1488 USD za tonę. Zdaniem analityków, metal ten nadal może jednak tanieć w wyniku znacznych zniżek na światowych giełdach akcji i słabych danych o kondycji amerykańskiego przemysłu. W krótkiej perspektywie ceny mogą spaść do 1470 USD.

Złoto staniało wczoraj o 0,2% i za uncję na popołudniowym fixingu płacono w Londynie 313 USD.