Mocno spadkowy tydzień zakończyliśmy zasłużoną korektą, do której po czwartkowej sesji zachęcały zarówno krótkoterminowe wskaźniki, jak i bliskość lipcowego dołka. Wsparcie to, przetestowane niemal co do punktu, kusi wizją formacji podwójnego dna.
Warto jednak zauważyć, że do czasu przebicia linii szyi (1179 pkt.), można jedynie mówić o "potencjalnym" podwójnym dnie, a kontrakty mogą także przez kolejne miesiące pozostać zarówno w konsolidacji, jak i utworzyć na obecnych poziomach formację kontynuacji trendu spadkowego. Większość inwestorów z założenia jest byczo nastawiona do rynku (efekt braku rozwiniętej krótkiej sprzedaży) i widzi zapewne tylko możliwość podwójnego dna. Sam często ulegam pokusie wyprzedzania technicznych sygnałów, ale w tym wypadku wzrost wynikający ze zrealizowania podwójnego dna, jest zdecydowanie zbyt duży, jak na obecne kruche giełdowe fundamenty i odległe perspektywy ich możliwej poprawy. Półtoramiesięczna przerwa między dwoma dołkami, oraz znacząca odległość miedzy szczytem je oddzielającym, w przypadku realizacji optymistycznej wizji zaklinaczy rynku, oznaczałaby dynamiczny wzrost, wynoszący kontrakty powyżej poziomu 1300 pkt.
Mimo szczerych chęci, nie widzę czynników, które miałyby taki wzrost spowodować. Nie można oczywiście wykluczać scenariusza, w którym rodzime fundusze zafundują nam wrześniowo/październikowy dołek, wyznaczany cyklicznie w tym okresie przez ostatnie 4 lata. Jednak niezależnie, czy wzrosty te występowały jako internetowa hossa, czy jako korekta bessy, to fakt, że od poziomu notowań sprzed 6,5 roku dzieli nas zaledwie kilka procent jasno chyba pokazuje, że wzrosty po tych "dołkach" napędzane były z reguły przez chciwość dużych zagranicznych lub rodzimych funduszy, a nie przez zyski spółek.