Dyrektor generalny British Airways Rod Eddington powiedział rozgłośni BBC, że należy poczekać i zobaczyć, co przyniesie wtorek. Przyznał jednak, iż linie lotnicze wciąż borykają się z kłopotami wywołanymi przez zamachy terrorystyczne z 11 września ub.r., a perspektywa akcji militarnej w Iraku również im nie pomaga. Kolejna wojna - zauważył szef BA - byłaby następnym, sporym kłopotem dla linii. Jak podkreślił, nawet bez zagrożenia konfliktem zbrojnym na Bliskim Wschodzie, popyt na usługi większych linii lotniczych pozostaje wciąż słaby. Nie chodzi jedynie o obawy pasażerów, ale także o zmniejszenie wydatków na podróże służbowe. Do kłopotów BA dochodzi też silna konkurencja ze strony niskobudżetowych linii lotniczych, takich jak Easyjet czy Ryanair, które w coraz większym stopniu przechwytują klientów.
W maju br. British Airways oświadczyły, iż jej straty w ostatnim roku kalendarzowym wyniosły 200 mln funtów (312 mln USD). Są to największe straty od czasu, kiedy linie zostały sprywatyzowane 15 lat temu. W konsekwencji akcje BA również spadły. Rok temu ich wartość wynosiła 270 pensów, obecnie można je kupić już za 135 p.
British Airways jest jednym z trzech przedsiębiorstw, które mogą we wtorek spaść z FT-SE 100 do indeksu FT-SE 250. Pozostałymi dwoma są: firma fonograficzna EMI oraz przedsiębiorstwo energetyczne International Power. Rod Eddington przyznał, iż żadna firma nie chce wypaść poza główny wskaźnik londyńskiej giełdy, ale dał do zrozumienia, że nawet jeśli przydaży się to BA, ma nadzieję, iż wkrótce linie lotnicze do indeksu wrócą.