Terroryści, którzy przed rokiem zaatakowali Nowy Jork i Waszyngton, byli śmiertelnymi wrogami Stanów Zjednoczonych. A USA to nie tylko kraj, ale również zbiór idei. Jedną z nich, popieraną przez Amerykę od ponad 50 lat, jest liberalizacja światowej gospodarki. Dlatego po 11 września często zadawano pytanie, czy ten atak może oznaczać koniec globalnej integracji gospodarczej? Po roku wydaje się, że nie.
Przeciwnicy globalizacji wykrzykują wprawdzie swoje hasła głośno i z wściekłością, ale nie stoi za nimi żadna licząca się siła społeczna czy polityczna, jak choćby dobrze zorganizowane związki zawodowe. Co więcej, oni nie zabiegają o żadne poparcie, a jedynie odrzucają zastane zasady i wartości. Nie proponują też innej drogi rozwoju gospodarki. A nie można kogoś lub czegoś zwyciężyć, nie dysponując niczym. Sam protest zazwyczaj nie triumfuje.
Natomiast po drugiej stronie tej barykady niemal wszyscy ekonomiści zdecydowanie opowiadają się za integracją. Wskazują nie tylko na korzyści płynące z niej dla całego świata, ale też na wyraźne osłabienie tendencji wcześniej jej zagrażających, takich jak, na przykład, protekcjonizm. Przemawia za tym coraz większa rola ponadnarodowych spółek. Nie sposób przecież odpowiedzieć na pytanie, czy fabryka Volvo w USA jest bardziej, czy mniej amerykańska od fabryki General Motors w Niemczech. Czy McDonald's, mając restauracje w ponad stu krajach, będzie bronił interesów amerykańskiej gospodarki czy zasad globalnej integracji? A Citigroup, Philips, Volkswagen, Nestle czy Unilever?
Dość powszechnym zjawiskiem jest spadek zatrudnienia w przemyśle i wzrost udziału w elektoracie emerytów, a tym samym mniejszy w nim udział tych, których miejsca pracy są zagrożone przez import. Konsumenci zaś coraz bardziej przyzwyczajają się do różnorodności zagranicznych towarów. I wprawdzie robotnicy, którym grozi bezrobocie, często protestują przeciwko importowi, ale chętnie kupują wyroby zagranicznych spółek.
Mimo wciąż wybuchających w różnych krajach kryzysów finansowych, światowa gospodarka jest bez porównania bardziej stabilna niż dawniej. Nie sposób wyobrazić sobie kryzysu gospodarczego, który przypominałby rozmiarami, zasięgiem i długotrwałością to, co świat przeżył w latach 30. ubiegłego wieku. I to właśnie dzięki globalizacji, bo najbogatsi mają w krajach dotkniętych lub narażonych na kryzys zbyt rozległe interesy, by im nie pomóc.