Najwyższe wynagrodzenia warszawscy sędziowie przyznają w bardzo dużych sprawach, kiedy fundusz masy upadłościowej przekracza 100 mln zł. Nie są one jednak wyższe niż 250-300 tys. zł. - Wiem, że w innych rejonach Polski syndykom płaci się o wiele więcej - mówi w wywiadzie dla PARKIETU sędzia Dariusz Czajka, przewodniczący wydziału układowo-upadłościowego stołecznego sądu gospodarczego. - Może jesteśmy skąpi. Tak mawiają przynajmniej syndycy - dodaje. - Poproszę o następne pytanie - mówi sędzia Czajka, poproszony o skomentowanie 450 tys. zł przyznanych syndykowi Espebepe.
W Warszawie także nie wszyscy mają powody do narzekań. Wstępne wynagrodzenie syndyka VPN Service, spółki z grupy Elektrimu, ustalono na 120 tys. zł. To pieniądze za 2 miesiące pracy, bo w połowie sierpnia aktywami telekomunikacyjnej spółki zainteresował się NASK.
Zasady wynagradzania syndyka reguluje prawo upadłościowe oraz rozporządzenia ministra sprawiedliwości. Przepisy są jednak ogólne. Stanowią, że syndyk może otrzymać do 5% funduszu masy upadłościowej lub 50-krotność średniego wynagrodzenia w sferze budżetowej.
Sędzia D. Czajka wyjaśnia, że pewnym wyznacznikiem sposobu ustalania wynagrodzenia syndyków było postępowanie Elemisu. Wartość masy upadłościowej firmy przewyższała 100 mln zł. Likwidator mógłby otrzymać nawet 5 mln zł. Przyznano mu ostatecznie 300 tys. zł, a syndyk złożył zażalenie.
W ciągu ostatniego 1,5 roku o najwyższe wynagrodzenie wnioskował w warszawskim sądzie syndyk Ursusa-Diesel. Zażyczył sobie 710 tys. zł. Dostał niecałe 17% tej kwoty.