Atmosfera przed zapowiedzianymi na 6 października wyborami prezydenckimi w Brazylii jest coraz bardziej nerwowa. Od ich wyniku zależy bowiem dalszy kształt polityki gospodarczej - szczególnie ważnej wobec grożącego temu krajowi kryzysu finansowego.
Najnowsze badanie opinii publicznej wykazało, że rosnącym poparciem cieszy się kandydat opozycji Luiz Inacio Lula da Silva. Jego zwolennicy stanowią 44% elektoratu, podczas gdy Jose Serra, reprezentujący partię rządzącą, może liczyć na 19% głosów, wobec 21% tydzień wcześniej. Zwiększa to coraz bardziej możliwość rozstrzygnięcia wyborów w pierwszej turze na korzyść kandydata opozycji.
W kołach finansowych nie cieszy się on dobrą opinią, mimo że ostatnio obiecuje walkę z inflacją, ograniczenie wydatków publicznych oraz spłatę wszystkich zobowiązań. Inwestorzy obawiają się jednak, że jego skłonności populistyczne pogłębią deficyt budżetowy i doprowadzą Brazylię do niewypłacalności. Zadłużenie publiczne tego kraju sięga obecnie 1,1 bln reali (330 mld USD).
W tej atmosferze notowania obligacji skarbowych spadły w poniedziałek, a ich rentowność wzrosła do 24,3%. Od marca wartość brazylijskich aktywów zmalała już o 1/3. Spadek notowań obligacji oraz słabnąca waluta stwarzają dodatkowy problem, gdyż podnoszą i tak bardzo wysoki koszt obsługi zadłużenia.
Obawy przed zaostrzeniem kryzysu płatniczego nasiliły się też w sąsiedniej Argentynie. Rząd nie zamierza bowiem wykorzystywać rezerw dewizowych do spłaty zobowiązań wobec MFW, Banku Światowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju, jeżeli kraj ten nie otrzyma nowej pomocy. Zdaniem ekonomistów, dalsze uszczuplanie rezerw osłabiłoby peso i nasiliło inflację, ale z drugiej strony, zaostrzenie stosunków z tymi instytucjami groziłoby utratą nielicznych kredytów zagranicznych.