W 1960 roku dyrektorzy generalni największych korporacji zarabiali około dwa razy tyle, co prezydent Dwight D. Eisenhower. Dzisiejsi dyrektorzy otrzymują 60 razy tyle - a niejednokrotnie nawet więcej - co prezydent George W. Bush.
W 1980 roku statystyczny dyrektor generalny przedsiębiorstwa należącego do pięćsetki Standard & Poor's zarabiał 40 razy tyle, co przeciętny podległy mu pracownik niższych szczebli. Dzisiejsi dyrektorzy zarabiają nawet 500 razy więcej niż wielu podległych im pracowników.
Nic dziwnego, że opinia publiczna z coraz większą uwagą przygląda się szefom największych korporacji, skoro - jak zauważa "Washington Post" - ich średnie roczne dochody wzniosły się na pułap 20 mln USD.
- Powinniśmy się zająć przypadkami nierównego podziału bogactwa - krytykuje dochody kolegów Andrew S. Grove, dyrektor generalny Intela, który w ubiegłym roku zarobił 1,5 mln USD oraz otrzymał opcje na akcje o wartości około 5,95 mln USD. Jak widać, szef Intela zarabia znacznie poniżej średniej obowiązującej na korporacyjnych szczytach.
Również William J. McDonough, prezes nowojorskiego banku Rezerwy Federalnej - który otrzymuje 297 500 USD rocznie - uznał, że niepokojąco wysokie dochody szefów korporacji są przykładem "złej polityki społecznej, a nawet są niewłaściwe pod względem moralnym".