Analiza jesiennych wzrostów z poprzednich lat wskazuje na dwie istotne sprawy. Tylko w 2000 r. rynkowi udało się wzrosnąć bez "pomocy" ze strony giełd światowych. W pozostałych przypadkach poprawa koniunktury była silnie związana z tym, co działo się na innych parkietach. Istotne przy tym jest to, iż 2 lata temu, kiedy nasz rynek rósł w IV kwartale, na zagranicznych giełdach kursy były stabilne (tylko Nasdaq systematycznie tracił). I w tym kontekście za warunek konieczny dla wystąpienia mocniejszych i trwalszych wzrostów u nas w ostatnich miesiącach roku, można uznać utrzymywanie się indeksów głównych giełd światowych w trendach bocznych. Wątpię w taką możliwość, ale nie mogę jej wykluczyć dopóty, dopóki S&P500 nie zamknie się poniżej 798 pkt. Ze względu na rozczarowujące informacje ze spółek, a także kolejne dane, potwierdzające wytracanie przez amerykańską i europejską gospodarkę tempa ożywienia z pierwszej połowy roku, zagrożenie spadkiem jest duże. Gdyby do tego doszło, otrzymamy argument wskazujący, że twardy dołek jest dopiero przed naszym rynkiem.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że przez ostatnie lata wrzesień był bardzo złym miesiącem dla posiadaczy akcji. Silna przecena tworzyła podstawę pod późniejsze odbicie. Lokalne minima w kolejnych latach, począwszy od 1998 r., wypadały odpowiednio: 8, 18, 13 i 3 października. W tym roku minimum zostało ustanowione 25 lipca i później wyrównane 5 września. Nie wpisuje się więc w scenariusz z minionych lat, ale jednocześnie jeszcze nie wyklucza, iż wystąpi on w kolejnych tygodniach. Można sobie przecież wyobrazić ukształtowanie minimum w okolicach 18 października, tym bardziej że będzie się to zbiegać z rozstrzygnięciem referendum irlandzkiego w sprawie przyjęcia traktatu nicejskiego. Przypomnijmy, że - według opinii ekspertów - kolejne odrzucenie traktatu będzie skutkować opóźnieniem przyjęcia nowych członków do UE przynajmniej o pół roku. Nie wydaje się, by miało to większe znaczenie z punktu widzenia realnych procesów zachodzących w gospodarkach państw aspirujących do Unii, ale z psychologicznego punktu widzenia może się okazać istotnym zdarzeniem. Zwłaszcza jeśli nastroje na świecie nadal będą słabe.
Na ten tydzień zaplanowana jest niewielka liczba publikacji dotyczących danych makroekonomicznych. Kluczowe znaczenie dla tego, jak będą przebiegać kolejne sesje za granicą, może mieć poniedziałkowy raport o wielkości zaciągniętych w sierpniu kredytów przez amerykańskich konsumentów. Szacunki analityków mieszczą się w przedziale od 9,5 do 10,5 mld, wobec 10,8 mld USD miesiąc wcześniej. Dane pozwolą ocenić wielkość wydatków konsumpcyjnych (a przecież tego, że zaczną one spadać najbardziej, obawiają się inwestorzy w USA), a ponadto pokażą, jakie jest pole manewru w polityce monetarnej, która wpływa na skłonność do zadłużania się. Te dane będą także wstępem do podawanych w piątek informacji o zmianach sprzedaży detalicznej we wrześniu. Ma ona po raz pierwszy od maja spaść (o 0,9-1%), choć bez uwzględnienia sprzedaży aut ma się zwiększyć o 0,2-0,4%. Tego samego dnia rynek otrzyma wstępny odczyt indeksu nastrojów, opracowywanego przez Uniwersytet Michigan, za październik. W ocenie analityków, spadnie on do 85,3-85,5 pkt., z 86,1 pkt. miesiąc wcześniej. Zważywszy na to, iż indeks uwzględnia koniunkturę panującą na rynku akcji, oczekiwania można uznać za optymistyczne.Jakie z tego płyną wnioski dla naszego parkietu na kolejny tydzień? Głównym zagrożeniem pozostaje możliwość przebicia się S&P500 poniżej lipcowego dołka. To potwierdziłoby ostatecznie, iż najważniejsze rynki akcji powróciły do bessy. Ten fakt zapewne znalazłby odbicie w cenach naszych papierów, tym bardziej że podczas ostatnich sesji dość wyraźnie zaczęły spadać parkiety czeski i węgierski. To sygnał, że światowa dekoniunktura rozszerza się na kolejne kraje. W tej sytuacji trudno spodziewać się, by Polska stała się oazą dobrej koniunktury i w najlepszym przypadku WIG20 będzie pozostawał w trendzie horyzontalnym. To jednak za mało, by mówić o możliwości zarobienia na akcjach w najbliższym czasie.