Od 3 miesięcy w segmencie spółek o największej kapitalizacji trwa trend horyzontalny. WIG20 porusza się w wąskiej strefie pomiędzy 1040 pkt. a 1160 pkt. To 10-proc. kanał, jednak takie stwierdzenie jest nieco na wyrost, poza jednorazową bowiem próbą przejęcia inicjatywy przez popyt pod koniec sierpnia tego roku, indeks nie pokonał poziomu 1120 pkt. W opiniach analityków pojawia się nawet nutka optymizmu. Wszak trend boczny stanowi swoiste status quo - nikt nie traci, ani posiadacze akcji, ani posiadacze gotówki. Czyżby? Powodem do zadowolenia jest również lepsze zachowanie rodzimego parkietu od rozwiniętych rynków akcji. Cóż, na bezrybiu i rak ryba.
Niestety, do powyższej argumentacji należy podchodzić z dużą dozą dystansu. Owszem, WIG20 wciąż znajduje się powyżej wrześniowego dna z 2001 roku. To korzystny sygnał ze strony analizy technicznej. Gdyby poprzestać na tym, rzeczywiście nie jest źle. Problem w tym, że rynki akcji konsumują wiadomości płynące z otoczenia fundamentalnego i makro. A tutaj często natrafiamy na kłopotliwe informacje. Zyski spółek od dłuższego czasu zawodzą. Zamiast ożywienia na przełomie tego roku i następnego, poprawa koniunktury w gospodarce nadejdzie zapewne z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Ostatni pomysł rządu, dotyczący obciążenia zysków korporacji 27-proc. podatkiem (zamiast planowanego obniżenia do 24% i potem 22%) powoduje, że firmy będą miały mniej pieniędzy na inwestycje i odtwarzanie zapasów oraz zatrudnienia przed spodziewanym ożywieniem.
W jedynym sektorze z prawdziwego zdarzenia, czyli bankach, dzieje się źle. Inne blue-chipy również nie zdradzają objawów poprawy sytuacji. Wielu inwestorów oczekuje jesiennego rally, które miałoby się wpisać w kilkuletni wzorzec hossy. To się może zdarzyć, tylko że słabość zysków nie da podstaw do zdecydowanej zwyżki indeksu. Poszukujmy zatem firm poprawiających co rok swoje wyniki i płacących wysokie dywidendy. To polisa na niepewne czasy. W końcu nie jest to zadanie takie trudne. Palce jednej ręki wystarczą...