Trudno zanegować stwierdzenie, że kiedyś indeksy zaczną rosnąć. Takie poglądy można usłyszeć od większości analityków, którzy (od miesięcy) nie pytają już "czy" zacznie rosnąć, ale "kiedy" zacznie rosnąć. Jednak powszechne wyczekiwanie hossy przez większość znajomych profesjonalistów i giełdowych pasjonatów mniej pasuje do zbliżającego się dołka, a bardziej do schematu świetnych nastrojów poprzedzających kolejną przecenę.

Bardziej sensownym pytaniem byłoby, "z jakiego poziomu" rozpoczną się wzrosty? Przecież wycena firm nie będzie atrakcyjna tylko z powodu cyklicznego październikowego dołka, choć oczywiście tak powszechne jego zaklinanie z pewnością wzmaga nieco popyt. W ostatnich dniach bycze nawoływania ponowił nawet najbardziej naiwny byk Wall Street w uosobieniu Abby Joseph Cohen, która swoim autorytetem niemal od samego szczytu hossy co pewien czas wieści zakończenie bessy.

Patrząc choćby na ten przykład, dwa razy zastanawiam się, zanim polecę grę na wzrosty w bessie. Ich wizja dopada oczywiście nawet zatwardziałe niedźwiedzie, które zamiast kierować się przewartościowaniem większości firm, będą wypatrywać hossy z powodów choćby wchodzenia Polski do UE lub coraz większego udziału kapitału funduszy emerytalnych w giełdowej kapitalizacji.

Powody nie są ważne, ważny jest efekt i żadnej możliwości wykluczyć się nie da, ale patrząc na wykresy przez pryzmat analizy technicznej, wydaje się, że bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem jest przebicie testowanych właśnie wsparć i w konsekwencji spadek w okolice dna bessy, którego naruszenie mogłoby dopiero wygenerować na wskaźnikach wiele pozytywnych dywergencji. Alternatywą jest pozostanie w horyzoncie, w którym spora zmienność nastrojów utrudnia prognozowanie zachowania rynku z dnia na dzień.