Mimo że wiele się ostatnio dzieje, zarówno w Polsce, jak i za granicą, rynek giełdowy jest odporny na nowiny i nie poddaje się wpływom. Kolejne sesje mają przebieg coraz bardziej horyzontalny i charakteryzują się szczątkowymi obrotami. Ostatnie notowania akurat pod tym względem pozytywnie się wyróżniają, ponieważ obrót w notowaniach ciągłych wyniósł ponad 142 mln złotych. Wzrost aktywności może sugerować zbliżające się wybicie z formacji przypominającej trójkąt prostokątny. Niestety, mała zmienność rynku przeczy tej koncepcji, wskazując na brak zainteresowania dokonywaniem transakcji. Przyczyny mogą być co najmniej dwie: brak powodów do silnej zmiany wyceny spółek oraz (nieco sztuczne) czynniki powstrzymujące rynek przed jednoznacznym wybiciem.

Z jednej strony, nie ma sygnałów ożywienia gospodarczego w Polsce i na świecie. Ostatnia wypowiedź japońskiego ministra gospodarki na temat gorszych perspektyw ekonomicznych Kraju Kwitnącej (?) Wiśni sugeruje wstrzemięźliwość w prognozowaniu poprawy koniunktury. Pewną nadzieję mogłyby natomiast dawać wyniki niemieckiej produkcji przemysłowej, która wzrosła w sierpniu (w porównaniu z lipcem) o 1,8% wobec prognozowanego spadku o 0,2%. Niestety, bardziej prawdopodobne jest, że okażą się one wyjątkiem od reguły, a nie zaczątkiem nowego trendu, ponieważ trudno spodziewać się radykalnych i zdrowych dla gospodarki działań po "nowym/starym" socjaldemokratycznym rządzie. Tak też ocenia sytuację niemiecki DAX, który mimo wzrostu produkcji notuje spadki.

Wracając do przyczyn marazmu, mamy "magicznie" silne wsparcie WIG20 w okolicy 1040 punktów, które, logicznie rzecz biorąc, przy rekordowych spadkach na Zachodzie powinno już dawno polec. W takiej sytuacji wielu inwestorów zapewne odczuwa już zmęczenie i woli pozostać poza rynkiem, aż do wyjaśnienia sprawy. Niewątpliwie wyjaśnienie przyniesie coraz bardziej wyczekiwane referendum w Irlandii, ale do 19 października odbędzie się jeszcze 7 sesji. Czy wystarczy w tym czasie emerytalnej "magii" do podtrzymania wsparcia?