Najsilniejsza od kwietnia 1933 roku 4-sesyjna zwyżka średniej przemysłowej Dow Jonesa (+13,3% do wtorku) wystawiła z pewnością na ciężką próbę nerwy "niedźwiedzi", podobnie jak wtorkowy atak naszego rynku na opór w okolicach poziomu 1115 pkt. (WIG20). Na razie nabywcy akcji z wtorku zostali w środę złapani "na spalonym" (patrz "wysepka" na Nasdaq Composite), ale podczas czwartkowej sesji walka nadal się jeszcze toczyła. Pomimo niezwykłej dynamiki ostatnich wzrostów, główne indeksy rynków w USA nie zdołały pokonać półrocznych linii trendów spadkowych, można więc na razie zakładać, że jeszcze i tym razem mamy do czynienia jedynie z krótkotrwałą korektą ciągle trwającej bessy na giełdach amerykańskich (której odpowiednikiem na naszym rynku jest małe a-b-c, trwające od 4 września). Trudno sobie wyobrazić siłę, która zdołałaby przepchnąć S&P 500 powyżej ulokowanego nieco poniżej 1000 pkt. 5-letniego oporu, wyznaczanego przez minima z 1998 i 2001 roku. Jeśli więc bazując na doświadczeniach rynku japońskiego sprzed 10 lat, który w 1992 roku znalazł się w identycznej technicznej sytuacji, przyjmie się założenie o nienaruszalności tego poziomu oporu, to kupowanie amerykańskich akcji na poziomie jedynie o 10% niższym można uznać za działalność charytatywną (chociaż trzeba pamiętać, że koniec roku skłania do robienia prezentów). Oczywiście zaawansowany wiek bessy (już 31 miesięcy wobec odpowiednio 32 i 34-miesięcznego czasu trwania załamań odpowiednio w Tokio w latach 1989-1992 oraz na Wall Street w latach 1929-1932) może wywoływać nerwowość niedźwiedzi. Jest ona uzasadniona, tym że historia ostatnich lat dowiodła, że październik jest dobrym momentem do spekulacyjnych zakupów akcji, a wyraźne ostatnio pogorszenie się wskaźników sentymentu w USA sugeruje, że do dna bessy może być całkiem blisko. Przykładowo, wg Investors Intelligence, liczba "byków" wśród amerykańskich doradców inwestycyjnych spadła do najniższego poziomu od 1994 roku (28,4%), co jest już wynikiem zachęcającym, choć do potwierdzenia tezy o bliskości końca bessy potrzebny byłby jeszcze większy niż dotychczasowy wzrost liczby "niedźwiedzi" (obecnie 43,2%, czyli ciągle mniej niż 48% z końca 1998 roku).