Inwestorzy na krajowym rynku szukają wszelkich znaków na niebie i ziemi, które przekonałyby ich, że przełom bessy jest tuż-tuż. Coraz częściej przy tym spoglądają na wskaźniki zagraniczne, rozczarowani słabą prognozą dla polskiej gospodarki. Wiara, że odrodzone rynki zachodnie pociągną indeksy również w krajach rozwijających się, jest ciągle silna. Pytanie: na ile taka korelacja jest wysoka, stanowi temat sam w sobie, ale pozostawię go na inną okazję. Dzisiaj chciałbym odpowiedzieć na często zadawane pytanie: czy USA unikną "recesji o podwójnym dnie" (double dip)?
Minizałamanie 2001 roku, kiedy to PKB zanotował ujemną wartość aż w trzech kwartałach, przywodzi na myśl początek poprzedniego dziesięciolecia. Wojna w Zatoce Perskiej popchnęła wówczas gospodarkę amerykańską w krótką, ale głęboką, recesję. Analitycy zgadzają się dzisiaj, że załamanie się nastrojów konsumentów i obawy przed czarnymi scenariuszami następnego Wietnamu były krytycznym katalizatorem dla spadku konsumpcji. Czy należy liczyć się z analogicznym "déja-vu", tym razem jako drugie dno dekoniunktury?
Moja zwięzła odpowiedź brzmi: raczej nie. Zakładam przy tym, że napięcia na Bliskim Wschodzie nie przerodzą się w długą wojnę oraz że Stany Zjednoczone nie zostaną dotknięte kataklizmem porównywalnym z 11 września ubiegłego roku.
Po pierwsze - recesje w Stanach Zjednoczonych prawie zawsze są związane ze znacznym spowolnieniem lub spadkiem popytu konsumpcyjnego. W okresie roku (lipiec 2001-lipiec 2002) wartość aktywów netto gospodarstw domowych zmniejszyła się o 1,4 bln USD. Jednakże w tym samych czasie wzrosła wartość nieruchomości, a wolumen refinansowania pożyczek hipotecznych osiągnął rekord. Tak więc nastąpiło "przewartościowanie" części zysków papierowych na żywą gotówkę. Amerykanie czują się częściowo biedniejsi na papierze, ale też częściowo bogatsi w banku.
Po drugie - po każdej z dwóch ostatnich recesji dochody realne spadały jeszcze co najmniej przez rok. Tym razem rosną one w tempie ok. 2% przy niskiej i stabilnej inflacji. Przedsiębiorcy są optymistami, gdy idzie o przewidywane tempo przyrostu wydajności pracy, a pracobiorcy są nadal w cenie.