Z obywatelskiej troski cierpiałem cały weekend. Zachodziłem po rozum do głowy i po opinię do znajomych - jak to też naród zagłosuje? W większości przypadków naród, reprezentowany przez znajomych, głosować w ogóle nie miał zamiaru i nie przekonywały go żadne argumenty. - E tam - machali z rezygnacją ręką. Sądząc po wstępnych szacunkach wyborczej frekwencji, nie rzucali słów na wiatr.

Wybory samorządowe w Polsce są od początku traktowane po macoszemu. Ludzie przywiązują do nich mniejszą wagę, nie emocjonują się tak jak parlamentarnymi czy prezydenckimi. A przecież w tych wyborach mogą postanowić, kto będzie w ich imieniu podejmował najważniejsze decyzje. Tylko że upolitycznione samorządy bardziej dbają o interes polityczny niż lokalny, stąd - w gruncie rzeczy - nie dziwi mnie lekki stosunek elektoratu do tego głosowania. W niedzielnych "Wiadomościach" ludzie wychodzący z komisji wyborczych mówili, co trzeba w ich gminach zrobić. Potrzeby wszędzie są ogromne. Kiedy jednak padało pytanie, co się zmieni po wyborach, odpowiedź była jedna: Nic.

Stąd też, bez nadziei na zmianę, na niedzielne głosowanie patrzyłem jak na ważny sprawdzian poparcia dla partii politycznych i stąd to sobotnio-niedzielne cierpienie. Bałem się, że dobry wynik populistów i tych od Leppera, i tych z LePeR, uskrzydli ich do nowych zadym w Sejmie. Mogli przecież pomyśleć: - Jak nas popierają w samorządach, to trzeba jak najszybciej zrobić nowe wybory do Sejmu, żeby to poparcie wykorzystać. Gdyby panowie w czerwono-białych krawatach i miłośnik polskiego cukru na stałe zamieszkali w okolicach mównicy, parlament nie mógłby pracować. Prezydentowi nie pozostałoby nic innego, jak wysłać posłów do domu. Mielibyśmy kolejne wybory i czort wie, jak by się to skończyło. Jedno jest pewne - chluby Polsce by to nie przyniosło. Nie wiadomo, jak zareagowaliby zagraniczni inwestorzy i nie mam tu na myśli tylko rynku walutowego czy obligacji. Zagraniczne inwestycje "niosą" również gminy rządzone przez ludzi, którzy potrafią przedstawić ofertę i ściągnąć kapitał.

Można tylko przypuszczać, jak wyglądałoby to w samorządach zdominowanych przez populistów, dla których "obcy" inwestor to krwiopijca. - Niemcy będą gasić światło podczas powstań w Warszawie - mówił w Radiu Maryja jeden słuchacz, gdy rozgrywała się sprawa prywatyzacji Stoenu. No, tak... Taki argument może zagranicznego inwestora przekonać.... do szybkiej ewakuacji znad Wisły i ulokowania pieniędzy tam, gdzie klimat jest mądrzejszy.

Ze wstępnych wyników wyborów widać, że populiści nie zdobyli większości w samorządach. Słaby wynik powinien osłabić ich zapędy do przedterminowego rozwiązania parlamentu. Pozwala mi to odetchnąć z ulgą. Tak jak z ulgą oddychają komitety wyborcze. Przyszła wichura z deszczem, pozrywała i zmyła plakaty. Będzie mniej pracy.