Rodzimi inwestorzy zamiast reagować wzrostem na nieco naiwne zachowanie amerykańskich indeksów, woleli wziąć sobie do serca kolejne fatalne dane makroekonomiczne, które wyraźnie pokazują dążenie największej światowej gospodarki do następnej recesji. Jedynie Amerykanie wszystko potrafią wytłumaczyć na korzyść byków, bądź to statystycznymi sztuczkami, bądź w ostateczności nadzieją na obniżkę stóp. Aż dziw bierze, że ktokolwiek jeszcze wierzy w cudowny efekt ich działania, a piewcy "hossy po trzech obniżkach" nie zostali jeszcze spaleni na stosie. Chwilo trwaj - bo do posiedzenia Fed został niecały tydzień. Później światowe rynki nie za bardzo będą miały pod co zagrać.
U nas z samego rana w ślad za całym Eurolandem polskie kontrakty ruszyły do wzrostów. Do południa odrobiliśmy cały wtorkowy spadek na końcowym fixingu (7 pkt.), a przez następne dwie godziny trwała konsolidacja przy szczytach trwającej obecnie fali wzrostowej. Jednak w końcówce sesji do głosu doszła podaż, która dość wyraźnie potwierdziła słuszność ostatnich obaw o trwałość tego trendu. Wprawdzie nie można jeszcze mówić o powrocie do spadków, ale wyrysowana przez ostatnie sesje mała formacja głowy z ramionami oraz rosnący obrót na spadku ostrzegają przed możliwością zanegowania poniedziałkowego wybicia.
Trudno w tej chwili jednoznacznie prognozować na najbliższe sesje. Piątkowe święto nie da możliwości zareagować naszemu rynkowi na kolejną lawinę bardzo ważnych danych makro ze Stanów. Te prawdopodobnie wpłyną na nastrój na większości światowych parkietów i GPW raczej się temu nie oprze. Wiadomo tylko jedno - dane powinny być złe, natomiast jak inwestorzy je zinterpretują, zależy już tylko od emocji, które na razie w większości przypadków działają na korzyść byków.