Projekt Spitzera-Cutlera zakłada, że każdy z największych amerykańskich banków w ciągu 5 lat wpłaci 10-20 mln USD na rzecz niezależnych firm wydających rekomendacje, które mają być przeciwwagą dla zaleceń bankowych. Łącznie daje to ok.1 mld USD. Zaproponowane zmiany nie są na rękę bankom inwestycyjnym i oznaczają dla nich, oprócz wspomnianych wyżej wydatków, znaczne koszty związane m.in. z rozdzielaniem wewnątrz nich działów analiz oraz bankowości inwestycyjnej. W przypadku pojedynczej instytucji szacuje się je na 50-100 mln USD, co łącznie daje ok.1 mld USD. Banki przyznają jednak, że nie pozostaje im nic innego, jak zaakceptowanie planu. Ma to bowiem pomóc zakończyć falę pozwów sądowych, kosztujących sektor kolejny 1 mld USD i powodujących znaczną utratę wartości ich akcji. Sumując koszty postępowań, wewnętrznych zmian strukturalnych i wydatków na dofinansowanie, wydatki 10 bankowych gigantów można oszacować na ok. 3 mld USD.
Zainicjowany przez Spitzera projekt przewiduje ponadto, że instytucje bankowe będą zmuszone udostępniać inwestorom zarówno swoje rekomendacje, jak i tworzone przez niezależnych analityków. Powstanie także 3-osobowa komisja, która co roku będzie przyznawała 20 niezależnym spółkom środki z zebranego funduszu. Firmy te będą wybierane w oparciu o jakość wydawanych zaleceń oraz wysokość pobieranych opłat. Obszar ich analiz obejmie wszystkie 7,3 tys. spółek, notowanych na NYSE, NASDAQ i American Stock Exchange. Szefowie tego typu przedsiębiorstw obawiają się jednak nacisków ze strony banków i utraty klientów.
Działy analiz w bankach mają, według projektu, podlegać bezpośrednio dyrektorowi generalnemu, prezesowi lub zarządowi danej instytucji. Analitycy nie będą mogli zawodowo kontaktować się z pracownikami departamentu bankowości inwestycyjnej. Będą mieli natomiast wolną rękę w wyborze spółki do analiz. Jeśli jakaś rekomendacja powstanie z polecenia dyrekcji, stosowna notatka będzie musiała znaleźć się w towarzyszącym jej raporcie.
Jak twierdzą analitycy, wprowadzenie proponowanych zmian nie będzie miało dużego wpływu na to, co dzieje się na rynku. - Niezależne rekomendacje nie poprawią diametralnie sytuacji. Inwestorzy preferują bowiem pozytywne zalecenia, które zwiększają wartość ich akcji - twierdzi cytowany przez Bloomberga Steve Balog, były szef działu analiz w Merrill Lynch. - Negatywne zalecenia tworzy się łatwo, ale nie ma na nie popytu - dodaje.