Ostatnio, podczas lektury różnych raportów na temat średniookresowej (2004- -2006 r.) pro-gnozy rozwoju kraju, zaczęły mnie nachodzić myśli geostrategiczne. Jako ekonomiści sami przyzwyczajamy się do suchej analizy krótkiego okresu, często myślimy statycznie. A tu nagle mnożą się w głowie przesłanki do refleksji wybiegającej poza znane dezyderaty "ożywienia" i jak szybko mogłoby ono nastąpić. W nerwowym oczekiwaniu na "powrót na ścieżkę szybkiego wzrostu" gubimy gdzieś głębsze tło, o co tak naprawdę chodzi.
Oczywiście, szybki wzrost PKB jest niezbędnym czynnikiem zmniejszania bezrobocia, wzrostu dochodów realnych czy niwelowania różnic w zamożności społeczeństwa. Ale na ile "szybki" wzrost jest wystarczająco szybki? Czy coś tracimy, plasując się na średnich miejscach w ekonomicznej tabeli ligowej Unii?
To ważne pytania. Polska jest nadal jednym z biedniejszych krajów kandydujących do Unii Europejskiej, pomimo najwyższego kumulowanego przyrostu PKB w ostatnich dziesięciu latach. Szybki wzrost dochodów realnych Polaków leży z oczywistych względów w interesie każdego podatnika UE. Ale nie tylko Europa zainteresowana jest sukcesem gospodarczym nad Wisłą. Jako kraj o sporej wadze gospodarczej i adekwatnej do tego roli politycznej Polska ma szanse odgrywać znaczącą rolę regionalną - trochę jak Afryka Południowa na czarnym kontynencie.
Nasz sukces leży na sercu kilku stolicom. W Brukseli chodzi o pieniądze (fundusze strukturalne), ale nie tylko. Tam liczą też na nasz silny głos w tworzeniu reformy instytucji Unii. W Kijowie Polska jest postrzegana przez tamtejsze siły prozachodnie jako partner w zbliżeniu Ukrainy do UE i NATO. Nasze przyjazne stosunki "atlantyckie" opierają się m.in. na roli Polski w NATO. Podobnie jak Wielka Brytania, dla Waszyngtonu Polska jawi się jako sojusznik "strategiczny" w wielu wymiarach.
Geopolitycznie mogą więc przypaść Polsce znaczne benefity, które nazwałbym "wartością zewnętrzną", czyli czymś takim jak goodwill, ale w skali makro. Polska jest więcej warta niż jej "wartość księgowa" (rozmiar rynku, ilość i jakość kapitału/pracy, jakość infrastruktury itp.), jeśli jej pozycja negocjacyjna i polityczna w Brukseli jest znaczna, jeśli jej głos liczy się w Waszyngtonie, na forum ONZ lub jako partnera negocjacyjnego w konfliktach międzynarodowych. Może ktoś zapytać: po co nam te zewnętrzne korzyści, skoro nie aspirujemy do roli supermocarstwa, a w ogóle to dobrze nam tak jak jest, cicho i ciepło jak u Pana Boga za piecem? Nie ma o co walczyć.