Jak ten rynek strasznie wygląda - schudł, postarzał się, łysienie plackowate atakuje coraz to nowe jego obszary. Nawet kontrakty mu się nie kręcą tak jak wcześniej. Ubywa też firm i spadają obroty. A do tego marazm i przygnębienie - po prostu depresja. Stan fatalny - oceniają liczni obserwatorzy. Czyżby było aż tak źle?
Mnie się zdaje, że objawy nie pozwalają na stawianie równie jednoznacznych i przykrych diagnoz. Bo to, że w jednym miejscu się zwija, nie znaczy, że w innym się nie rozwija.
Wszyscy skupiają uwagę na giełdzie. Ale powiedziałbym, że to powierzchowne badanie rynku. Owszem, giełda ma - i oby dalej miała - w jego strukturze miejsce wyjątkowe, zaszczytne, a przez to dobrze widoczne. Najłatwiej więc oceniać rynek, patrząc na to, co się dzieje na parkiecie. Ale niekoniecznie taka ocena oddaje stan całego organizmu.
Jak się bowiem popatrzy na mniej znane, a bardziej "intymne" miejsca rynku, sprawa nie wygląda już tak przygnębiająco. To, że gdzieś opada, nie znaczy, że gdzie indziej nie rośnie - kapitalizacja, aktywa, wskaźniki itd. Kilka przykładów.
Wiem, że rynek funduszy nie jest duży i zgromadzone na nim zasoby nie są, przynajmniej na razie, powodem do dumy, gdybyśmy porównywali się z wielkimi tego, finansowego, świata. Ale nie można zapominać, że jego wartość podwoiła się w ciągu kilku miesięcy i na razie nie widać, by tracił on siły. Fundusze - pozytywnie - zaskakują pomysłowością, udowadniając, że wigoru im nie brakuje. Jeśli tylko nie rozczarują sposobem zarządzania coraz większymi pieniędzmi, zdrowie powinno im dopisywać coraz lepsze. Uaktywniły się także banki, oferując obligacje antypodatkowe. A to znaczy, że nawet wielkie instytucje, z racji podeszłego wieku powolne i skostniałe, potrafią wnieść coś nowego.