Po takich sesjach jak poniedziałkowa, kiedy pojawia się bardzo zdeterminowany popyt, przychodzi zazwyczaj do głowy pytanie o powody takich zachowań inwestorów. Przecież jeszcze półtora tygodnia temu mocno wyprzedawali Pekao, Telekomunikację czy PKN, by teraz z równie dużą siłą te akcje kupować. Osobiście już dawno nie miałem takich wątpliwości co do tego, w którą stronę podąży rynek. Na plus na pewno przemawia ustalenie daty wejścia do Unii, ale ten czynnik ma znaczenie raczej psychologiczne, bo ani wynik referendum nie jest znany, ani do końca nie wiadomo, jakie finansowe korzyści odniesiemy z akcesji. O dostosowaniu wycen już nie wspominam, bo nasze akcje są znacznie droższe od ich odpowiedników na światowych giełdach. A ten proces miałby polegać na zmniejszeniu, pod wpływem malejącego ryzyka, dyskonta, jakiego żądają inwestorzy za kupowanie akcji w krajach wchodzących do UE. Tego dyskonta u nas już nie ma. Napływające sygnały, że w polskiej gospodarce coś się poprawia, są jeszcze na tyle słabe, że nie można tu mówić o trwałej tendencji. Zatem wniosek, że jest szansa na znaczącą poprawę wyników spółek, wydaje się przedwczesny.

Do tego dochodzą obawy o wyhamowanie, przynajmniej tymczasowe, wzrostów na światowych giełdach. S&P 500 wzrósł przez półtora miesiąca o ok. 20%, czyli mniej więcej tyle, ile zyskiwał przy poprzednich korektach bessy. Przy tym wszystkim nie można pominąć działalności OFE. W ostatnim czasie mniejsze fundusze próbowały prowadzić nieco inną politykę inwestycyjną od największych graczy, obniżając zaangażowanie w akcje. Kiedy rynek ruszył w górę, są zmuszone zarzucić swe niezależne strategie i w obawie przed koniecznością dopłaty mogą gonić odjeżdżający pociąg i uzupełniać portfele w drożejące papiery.

W sumie więc jest trochę przypadkowości w zachowaniu rynku i w związku z tym warto przypomnieć, że czasem lepiej jest nie zyskać, niż narazić się na stratę. Dlatego uzasadnione jest pozostanie z boku i przyjrzenie się, czy amerykańskie indeksy poradzą sobie z silnymi barierami, do jakich dotarły pod koniec minionego tygodnia.