Od 21 listopada w Muzeum Narodowym w Warszawie można oglądać wystawę prac Pabla Picassa. Jaki to ma związek z giełdą, pomijając sąsiedztwo gmachów Muzeum i Giełdy Papierów Wartościowych? Teoretycznie, na pierwszy rzut oka, żaden, ale jeśli się zastanowić głębiej...
Od wieków sztuka była silnie powiązana z pieniędzmi. Mecenasi wspierali artystów nie tylko z potrzeby ducha. Często zakup dzieł protegowanych był również dobrą lokatą kapitału. Rynek dzieł sztuki uważany jest za alternatywę wobec tradycyjnych form inwestowania. Z reguły charakteryzuje się on jednak pewnym specyficznym klimatem. Oprócz odmiennej metody wyceny (dla dzieł sztuki nie sposób obliczyć EPS, aktualna cena oferowana za obraz jest zwykle odnoszona do ostatniej zapłaconej za niego), przedmioty obrotu darzone są pewnym szacunkiem. Czasami jednak traktowane są jak towary, chociażby w latach 80. w Japonii.
Optymistycznie nastrojonych przez rozpędzoną (napompowaną?) gospodarkę mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni ogarnął wówczas szał zakupów. Nabywali wszystko co markowe, co cieszyło się renomą. Największą popularność zdobyły prace impresjonistów, które podobno świetnie pasowały do nowoczesnych wnętrz. Warto wspomnieć, że w omawianym okresie ceny tych obrazów wzrosły o... 2000%.
Koniunkturę podkręcały renomowane domy aukcyjne, które nie szczędziły pieniędzy na reklamę. Starały się dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców, promując się nawet w gazetach z programem telewizyjnym. Obroty osiągnęły niespotykany dotąd poziom. Tylko w prestiżowym Sotheby's w ciągu kilku miesięcy wyniosły kilkaset milionów dolarów, co biorąc pod uwagę dotychczasową niepłynność, było prawdziwym ewenementem. Jednak wraz ze wzrostem zainteresowania zmniejszała się jakość nabywanych dzieł. Jest to sytuacja dobrze znana inwestorom z lat 90. Analogiczna wystąpiła na Nasdaqu. Różnica polega na tym, że domy aukcyjne uniknęły odpowiedzialności, banki inwestycyjne zaś zostały postawione przed sądem za wydawanie nierzetelnych rekomendacji i naciąganie drobnych inwestorów na bardzo kiepskie spółki z rynku nowych technologii. Jak widać, historia lubi się powtarzać.
Ta hossa, podobnie jak każda inna, była matką nowych instrumentów. W celu udostępnienia drobnym inwestorom korzyści płynących ze spekulowania naprawdę, wartościowymi dziełami sztuki wymyślono akcje obrazów. Organizator nabywał obraz po jakiejś cenie, np. 5 mln USD, a następnie kreował 100 tys. kuponów po 50 USD każdy. Można było stać się udziałowcem Chagala, Picassa czy Renoira. Nazwisko twórcy nie było jednak aż tak istotne. Wielu inwestorów nie miało nawet pojęcia, jak wygląda "kupiony" przez nich obraz. Liczyła się tylko jego wartość. Podobnie było w przypadku nabywania jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych aktywnych na rynku dzieł sztuki. Tutaj nie sposób było zorientować się, jakie obrazy znajdują się aktualnie w portfelu. Istotna była jedynie wartość jednostki. Oczywiście, w czasach, gdy najpopularniejszym wygaszaczem ekranu był przewijający się napis "Greed is good" (chciwość jest dobra), nie budziło to prawie żadnych kontrowersji. Jedynymi oponentami byli prawdziwi koneserzy sztuki, którzy utracili szanse kupowania obrazów ze względu na ich wyśrubowane ceny. Krytykowali spekulantów za totalny brak smaku i gustu, niezrozumienie prawideł rynku oraz uznawali ich za pozbawionych wrażliwości.