Kupując trzymiesięczne bony skarbowe można było w Japonii jeszcze w październiku osiągnąć rentowność na poziomie 0,0011% (obecnie ok. 0,01%). Oznacza to, że dokonując takiej lokaty za 100 mln jenów (800 tys. USD), osiągnięty po trzech miesiącach zysk pozwala na zakup z niego najwyżej jednej filiżanki kawy. Dla inwestora z takiego kraju jak Polska może się to wydać wręcz śmieszne. W Japonii jednak właśnie te lokaty uznawane są za najlepsze, gdyż gwarantują największy pewny zysk, a raczej jako jedne z nielicznych chronią przed postępującą utratą wartości zainwestowanego kapitału. - Jeśli nie chce się utracić swojego kapitału, bony i obligacje to jedyne wyjście - twierdzi Toshifumi Umezawa z BNP Paribas. Sytuację taką potwierdza to, co dzieje się na rynku. W ostatnich miesiącach na aukcjach rządowych papierów wartościowych zgłaszany przez inwestorów popyt przekraczał oferowaną podaż nawet 800 razy.
Równocześnie zauważa się w japońskiej gospodarce znaczny odpływ środków z małych regionalnych banków do największych instytucji. W październiku depozyty na kontach dużych banków wzrosły o 3,2%, przy jednoczesnym ich spadku w małych bankach o 2%. Tylko najwięksi gracze są w stanie zabezpieczać przetrzymywane depozyty, kupując papiery rządowe. Miejscowe banki, jak np. Ishikawa Bank, skazane są, niestety, na przegraną. - Choć czasem z opóźnieniem, oszczędzający wciąż przenoszą swoje pieniądze do banków w wielkich miastach i nie sądzę, aby tendencja ta miała ulec zatrzymaniu - powiedział agencji Bloomberga Masaharu Motohashi z ING Mutual Funds Management. Napływu kapitału nie powstrzymują nawet złe informacje na temat sytuacji finansowej bankowych gigantów. Łączna szacowana strata na kończący się 31 marca 2003 r. rok obrotowy wynosi dla 7 największych japońskich instytucji kredytowych 305 mld jenów.