Wtorkowa sesja nie była zbyt emocjonująca. Brak gwałtownych wahań i kosmetyczne końcowe zmiany nie wniosły nic nowego. Warto jednak zauważyć, że kolejny raz rynek był dość silny, choć tym razem nieco inaczej się to objawiało. Zamiast naśladować spadki zachodnich giełd, u nas trwała stabilizacja. W czasie trwania polskiej sesji większość indeksów Eurolandu była na czerwono i nawet także idący do Unii węgierski BUX nie wyłamał się z tego towarzystwa. My reagujemy na razie jedynie na wzrostowe sesje.

Jednak jeśli potwierdziłyby się założenia o formowaniu szczytu na amerykańskich indeksach, to mało który rynek byłby w stanie w dłuższym terminie oprzeć się powracającym tam spadkom. Spodziewana zmiana trendu za oceanem stała się jeszcze bardziej prawdopodobna po poniedziałkowym odwrocie Dow Jones i S&P 500 niemal dokładnie na poziomie sierpniowych szczytów. Niemiecki Dax także zakończył wzrosty w pobliżu szczytu z początku listopada. Nie musi to wprawdzie oznaczać natychmiastowych dramatycznych spadków, ale do czasu pokonania tych oporów nasz osamotniony rynek nie będzie w stanie kontynuować trendu wzrostowego i szeroko opisywane 1300 pkt. pozostaje na razie poza zasięgiem.

Większość inwestorów nie lubi uzależniać koniunktury na parkiecie od zachodnich indeksów, ale te znalazły się w tym tygodniu na kluczowych oporach, a zachowanie inwestorów na tych poziomach da odpowiedź, czy ponad 20-proc. odbicie na światowych rynkach jest tylko kolejną korektą rynku niedźwiedzia, czy też nowym trendem wzrostowym. Analogiczne korekty oglądamy już przecież ponad 2 lata, a informacje ze spółek, perspektywy gospodarki czy giełdowy optymizm nie wskazują, by w tym przypadku miałoby być inaczej. Jedyna nadzieja chyba tylko w zaślepieniu inwestorów "efektem stycznia".