Cena ropy naftowej przekroczyła wczoraj rano poziom 26 USD za baryłkę. Na giełdzie w Londynie płacono za gatunek Brent już nawet 26,10 USD, czyli najwięcej od ponad sześciu tygodni. Przyczyny były dwie - znowu strach, że wybuchnie wojna w Iraku i strajk generalny w Wenezueli, która produkuje prawie 3 mln baryłek ropy dziennie, a więc ok. 4% światowego wydobycia. Wpływ sytuacji w tym kraju może jeszcze bardziej rzutować na cenę ropy, gdy podany zostanie bieżący stan zapasów w USA, które prawdopodobnie zmalały w wyniku ubiegłotygodniowych podróży z okazji Święta Dziękczynienia.
Natomiast wiadomości napływające w ciągu dnia z Iraku stopniowo uspokajały nastroje na rynku ropy. Poranny niepokój wziął się stąd, że inspektorzy rozbrojeniowi ONZ po raz pierwszy w czasie obecnej misji wybierali się wczoraj do jednego z pałaców Saddama Husajna. Pojawiły się przypuszczenia, że będą tam mieli kłopoty, a to znowu przybliży groźbę wojny. Inspektorzy jednak po dwóch godzinach opuścili pałac bez żadnych komentarzy. Irak natomiast zapowiedział, że już 7 grudnia, a więc dzień wcześniej niż żądała ONZ, opublikuje listę posiadanej broni.
Przebieg pracy inspektorów w Iraku z uwagą śledzą też uczestnicy rynku złota. Obawa o wybuch wojny w tym rejonie jest jednym z istotnych czynników podtrzymujących cenę kruszcu. A że sytuacja jest delikatna, wystarczyła informacja o ostrzelaniu przez iracki okręt dwóch kuwejckich łodzi patrolowych, by złoto zdrożało na popołudniowym fixingu do 319,70 USD za uncję, a więc o 3,25 USD, czyli o 1% w stosunku do poniedziałku. Zdaniem analityków, w najbliższych dniach cena będzie wahała się w przedziale 317-320 USD za uncję, a więc już wczoraj była bardzo blisko górnego pułapu.