Lektura "Narodowego Planu Rozwoju na 2004-2006 r." nastraja do przemyśleń. Jest to wyczerpujący dokument przygotowany przed kilku miesiącami pod auspicjami Ministerstwa Gospodarki, jako wytyczna dla ustalenia priorytetów polityki ekonomicznej tuż po przystąpieniu Polski do UE. Kilka dni temu odbyło się nawet spotkanie konsultacyjne ekonomistów i naukowców sektora publicznego i prywatnego w celu zgłoszenia uwag i poprawek do wersji roboczej. Raport końcowy będzie stanowił swoisty drogowskaz przy podziale unijnych środków pomocowych.
Zacznijmy od podstawowych tez opracowania: jednym z celów strategii jest stworzenie wszystkim regionom i grupom społecznym w Polsce szans udziału w procesach rozwojowych i modernizacyjnych; innym celem cząstkowym jest zwiększenie w strukturze gospodarki udziału sektorów o wysokiej wartości dodanej. Trudno nie zgodzić się z tymi postulatami. Ale złapmy na chwilę oddech i odejdźmy w tył trzy kroki.
Sednem istnienia Unii jest (oprócz instytucji wspólnego rynku dóbr i zasobów) solidarność międzyregionalna. Zamożniejsi transferują środki dla biedniejszych w celu wyrównania szans "udziału w procesach rozwojowych i modernizacyjnych". Obywatele bogatszej Europy godzą się dobrowolnie na dodatkowe podatki, aby sfinansować przyjęcie 10 nowych, uboższych członków. Mogą powiedzieć "nie", ale powiedzą "tak" - być może dlatego, że egoizm ekonomiczno-polityczny kosztował już kontynent dwie wojny światowe i kilkadziesiąt milionów strat w ludziach.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tej solidarności (tym bardziej że ta pisana przez duże "S" funkcjonuje w historii niemal jak zastrzeżony znak towarowy). Jakiekolwiek by były jej pobudki, to jest ona godna podziwu. W latach 2004-2006 Polska otrzyma transfery netto z Unii Europejskiej warte 13,8 mld euro. W latach 2004-2008 będzie to stanowić już ok. 2,7% PKB, a więc kwotę niebagatelną. Dodajmy do tego pozostałe kraje "dziesiątki" (wszystkie po stronie otrzymującej transfery netto), a otrzymamy znaczny koszt poszerzenia.
Warto mieć to na uwadze, gdy negocjacje w Brukseli są na ostatniej prostej i często puszczają nerwy. Niektórym polskim komentatorom (a także politykom) wymykają się czasem z ust oskarżenia uwłaczające godności negocjatorów unijnych. A pamiętajmy, że jest to strona skłonna przezwyciężyć naciski własnej opinii publicznej i przyjąć kandydatów na najlepszych możliwych warunkach. Aby lepiej uzmysłowić sobie ich położenie, przenieśmy się w przyszłość o kilkanaście lat. Wtedy i Polacy będą decydować o ewentualnym przyjęciu następnych członków. Będą liczyć korzyści i koszty rozszerzenia (nasze dodatkowe podatki). Dzisiaj jesteśmy jednym z "najtrudniejszych" partnerów negocjacyjnych. Być może Ukraina też takim będzie za lat 15. Z takich potencjalnych "kosztów reputacyjnych" w przyszłej Europie powinniśmy sobie zdawać sprawę już dziś.