Jakby Pan określił obecny stan negocjacji Polski z Unią w kwestiach rolnych?
Użyję obrazowego porównania. Unia to pociąg, który odjeżdża. Musimy się spieszyć, aby do niego wsiąść. Niedługo nas zaproszą do środka i będziemy musieli zapłacić za bilet. Wciąż jednak nie wiemy, czy będziemy mieli miejsce siedzące, czy może będziemy musieli tam stać i wreszcie, czy wpuszczą nas do wagonu restauracyjnego. Te niewiadome muszą zostać wyjaśnione w ostatnim etapie negocjacji.
Co zmieni się w życiu przeciętnego rolnika po wejściu naszego kraju do Unii Europejskiej?
Rolnicy będą mieli przede wszystkim zagwarantowany zbyt na swoje produkty. Chodzi tu głównie o cztery rynki: mleka, wołowiny, cukru i zboża. Dzisiaj rolnik nie wie, czy będzie miał komu sprzedać swoje produkty. Po wejściu do Unii każdy z nich będzie mógł sprzedać tyle, na ile dostanie limit produkcji. Wysokość tych limitów nie jest jeszcze określona, gdyż negocjacje wciąż trwają. Poza tym rolnicy dostaną dopłaty zależne od powierzchni gospodarstwa. Jednak będzie to miało konsekwencje dla konsumentów. Chciałbym wszystkich ostrzec, o czym się, niestety, głośno na razie nie mówi, że zaraz po przystąpieniu naszego kraju do UE ceny żywności wzrosną, nawet o kilkadziesiąt procent. Nie stanie się to oczywiście 2 maja 2004 r., ale w 6, 10 miesięcy później. Warto mówić o tym teraz, aby później nie było przykrej niespodzianki.
Czy system dopłat, polegający na obliczaniu ich wysokości w zależności od powierzchni gospodarstwa, jest sprawiedliwy?