Tak sobie właśnie myślę, że chyba już czas na jakąś wyraźniejszą poprawę koniunktury. Tak w ogóle, a giełdowej w konsekwencji. Jesienią zeszłego roku moje przeczucia (które nazywam nietechniczną analizą intuicyjną) okazały się całkiem sensowne (indeks jest kilkanaście procent wyżej niż wówczas). Teraz myślę sobie bezczelnie, że rok 2003 będzie lepszy. Skąd się bierze mój optymizm, umiarkowany oczywiście?
Stopy procentowe od dłuższego czasy systematycznie, a nawet drastycznie, spadają. Gdyby m.in. nie alternatywa, jaką dla banków stanowią smakowite papiery skarbowe, i spore ryzyko kredytowe (związane z ogólną dekoniunkturą i skandaliczną jakością zarządzania w firmach), równie wyraźnie spadałaby cena pieniądza pożyczkowego. Jednak można liczyć, że z utrwaleniem niskiej inflacji i niskich stóp oraz konieczną przecież reformą finansów publicznych, obniżą się także w końcu i stopy kredytów komercyjnych. W końcu, do diaska, zadziała także konkurencja, która ograniczy marże bankowe. To nie jest może dobrą informacją dla akcjonariuszy banków, ale bardzo dobrą dla współwłaścicieli skazanych na kredyt firm produkcyjnych i usługowych. Zresztą, po przejściowym szoku, powinny skorzystać na tym i banki, które mogą liczyć późniejsze zwiększenie wolumenu operacji i liczby klientów, co z kolei może skompensować spadek przychodów generowanych dzięki wysokiej marży.
Nominalnie niskie oprocentowanie depozytów czy obligacji i kilkuprocentowa rentowność bonów skłaniać będzie coraz większą liczbę posiadaczy jakichkolwiek kapitałów do poszukiwania czegoś bardziej "sexy" (choć zyskowność realna, uwzględniająca inflację, jest całkiem w porządku!). A bardziej seksowne są - z definicji i natury - inwestycje bardziej ryzykowne (jak to w życiu, zresztą...). Stąd można oczekiwać dalszej zmiany struktury polskiego portfela. Obecny rok przyniósł ubytek tradycyjnych depozytów przy jednoczesnym dynamicznym (choć przy niskiej bazie wyjściowej!) przyroście pozycji w funduszach inwestycyjnych. Myślę, że tendencja ta będzie coraz wyraźniejsza. I dobrze. Osobiście cieszyłby mnie bardziej napływ środków przeznaczonych na zakup akcji na indywidualne rachunki inwestycyjne w biurach maklerskich, ale żeby tak było, ludzie muszą mieć co kupować. Nawet najwięksi optymiści mogą polecić pewnie kilkanaście jako takich papierów na całym parkiecie. Za dużo na nim śmieci i cwaniaków. To na pewno nie zachęca do kupowania. Niemniej owa płytkość rynku może dać mu sztuczną, złudną siłę. W sytuacji poprawy nastrojów, dość łatwo przyjdzie windowanie kursów, co skłoni wielu amatorów do zainteresowania akcjami. Jeśli ożywieniu takiemu towarzyszyć będzie kilka-kilkanaście nowych i ciekawych emisji na rynku pierwotnym, będzie dobrze.
Żeby nie było tak pięknie, trzeba pamiętać o zagrożeniach, które - poza nadal kiepską jakością zarządzania w spółkach - mają charakter zdarzeń zupełnie niekontrolowalnych. Zacząć wypada od efektów potencjalnej wojny (tej opisanej i podglądanej już na wylot) z Irakiem. Niestety, to tylko pierwszy element ryzyka, bo - jak pokazała historia - trzeba być gotowym na wszystko. A więc także na konflikty i ataki terrorystyczne, o których nam się nie śniło. Pocieszeniem w tym wypadku może być tylko nadzieja, że wojna i tym razem nakręci koniunkturę. O ile nie przybierze formy zbyt destrukcyjnej i nie obejmie tych, którzy na zyski z bitwy ostrzą sobie zęby.
Jak wspomniałem, ewentualnemu, nawet sztucznemu, ożywieniu musi towarzyszyć jednoczesna oferta papierów nowych, ciekawych spółek. W przeciwnym wypadku ożywienie skończy się kacem. Ale bądźmy dobrej myśli. Trzy lata giełdowej mizerii to chyba wystarczająca porcja pokuty. Niech to będzie dobry rok. Wreszcie.