Początek sesji wyraźnie różnił się od środowej byczej masakry. Widać to było zarówno po obrotach na największych spółkach, jak i czekających ofertach kupna. Zapowiadała się przynajmniej stabilizacja, ale bycze plany znów popsuła zagranica.

Różnica jednak była dość znacząca, bo tym razem dramatyczna wyprzedaż akcji nie dotknęła bezpośrednio naszego rynku, ale została "przeniesiona" z najważniejszych europejskich parkietów. Zaczęło się od węgierskiego BUX, gdzie już od otwarcia rozpoczęły się szybkie spadki. Najprawdopodobniej to któryś z zagranicznych funduszy przed końcem roku skraca pozycję na rynkach wchodzących do Unii. To wyjaśniałoby źródło analogicznej przeceny polskich spółek. Po chwili dołączył jeszcze niemiecki DAX, który pokonał bardzo ważne wsparcie na poziomie 3000 pkt. i podaż od techników oraz zmuszonych zamykać pozycje funduszy (dzisiaj dzień wygasania opcji i kontraktów) sprowadziła indeks ponad 5% poniżej porannego szczytu. Tego nasz rynek nie mógł wytrzymać.

Jednak kolejna spadkowa sesja ma też swoje dobre strony. Po pierwsze, byliśmy zdecydowanie mocniejsi od innych rynków, a po drugie, przecena została niejako wymuszona przez zagraniczne indeksy. Jeśli sytuacja na świecie nieco się uspokoi, to nie za bardzo widać tych, którzy mieliby jeszcze teraz sprzedawać. Każdy, kto przed świętami miał zamknąć pozycję, zapewne nie zostawił tego na ostatni dzień.

Nie oznacza to wcale, że już pora na kupno. Po środowej przecenie nieuchronne wydawało mi się testowanie na obu rynkach okolic wsparcia na 1140 pkt. Wczoraj zabrakło tylko 10 pkt., ale sesja pokazała także, że może zabraknąć i czasu, i podaży, by przetestować to wsparcie jeszcze w tym tygodniu. Kto nie praktykuje łapania dołka na wsparciu, musi poczekać do wyjścia nad 1184 pkt. lub średnią kroczącą.