Maciej Krzak:
Popyt rządowy nie będzie przeszkadzał wzrostowi. Do tego dochodzi relatywnie luźna polityka pieniężna. Pojawią się efekty poprzednich obniżek - konkurencja międzybankowa doprowadzi do spadku stóp kredytowych. RPP zacznie obniżać stopę rezerw obowiązkowych, która jest zdecydowanie wyższa niż w unii monetarnej - tam wynosi 2,5%, a u nas jest to 4,5%. A zakładane dalsze rozluźnianie polityki pieniężnej, zwłaszcza w I półroczu, będzie dodatkowym bodźcem dla wzrostu inwestycji. Podstawowym jest to, o czym mówił Krzysztof Błędowski, czyli poprawa zyskowności przedsiębiorstw, którą już w tej chwili widać.
Na dodatek w przyszłym roku, zwłaszcza pod koniec, można oczekiwać dostosowań w firmach. Wejdziemy do unii i trzeba będzie na całym jej obszarze konkurować z firmami zagranicznymi. To powinno doprowadzić do przyspieszenia inwestycyjnego, co przełoży się na wyższe tempo wzrostu gospodarczego.
Krzysztof Błędowski:
Dla mnie dużą niewiadomą jest eksport - problemem będzie popyt zewnętrzny, wynikający ze wzrostu gospodarczego poza Polską. Bardzo się niepokoję o wzrost PKB w Europie. Przychylam się do tezy, że eksport będzie jednym z głównych czynników, ciągnących wzrost, ale nie jestem pewien, jaka będzie siła tego czynnika.
Rafał Antczak:
Spójrzmy na duże i średnie przedsiębiorstwa. Zatrudnienie w sektorze państwowym to jest 47% siły roboczej, a prywatnym - 53% siły roboczej. Udział w eksporcie sektora prywatnego to jest 88%, w imporcie - 92%, w inwestycjach - 72%, przeciętne wynagrodzenie - jedyny wskaźnik korzystny dla sektora publicznego - w III kwartale było o 16% wyższe niż w prywatnym. Wydajność pracy w sektorze państwowym to jest 40% tego, co w sektorze prywatnym. Wyjątkiem jest tutaj przemysł, gdzie jest 90%. W naszym kraju zaczynają funkcjonować dwie gospodarki - gospodarka prywatna i gospodarka przedsiębiorstw państwowych. Sektor państwowy nie ma możliwości rozwoju, jego rentowność jest ujemna, on generuje tylko straty i koszty. W rezultacie nie ma mikroekonomicznych podstaw do wzrostu, zwłaszcza jeśli do tego dodać pętlę zadłużeń i koszty gospodarcze, przerzucane na firmy lepsze.
Sytuacja zewnętrzna jest rzeczywiście arcyciekawa. Chyba nikt z nas nie ma wielkich nadziei i złudzeń, jeśli idzie o gospodarkę niemiecką. Jest ona w jeszcze większym kryzysie strukturalnym niż polska. Jeśli chodzi o Rosję, która w ostatnim czasie ciągnęła nasz eksport, to ona jest uzależniona od dobrych cen ropy naftowej. Proste rezerwy wzrostu zostały bowiem wyczerpane, a Rosja nie przeprowadza kolejnych reform - zostały one zahamowane z przyczyn politycznych. Jeżeli dojdzie do spadku cen ropy, to gospodarka rosyjska może się znaleźć w równie nieciekawej sytuacji, jak na przełomie 1997 i 1998 roku, kiedy cała dobrze wyglądająca równowaga zewnętrzna posypała się w ciągu kwartału.
Grzegorz Wójtowicz:
Oczywiście, że mamy dwa zbiory firm - państwowych i prywatnych - ale też pamiętajmy, że ewolucja szła w ten sposób, że przedsiębiorstwa potencjalnie sprawne wchodziły do sektora prywatnego, a niesprawne zostawały w sektorze państwowym. Byłoby więc zaskakujące, gdyby te dane były odmienne.
Przyszły rok będzie może nawet w większym stopniu rokiem Unii Europejskiej niż mijający ze względu na referendum i zbliżającą się datę akcesji. Czy odbije się to w jakiś sposób na gospodarce? Czy napłyną do Polski oczekiwane inwestycje, czy też może ich nie będzie, skoro firmy zachodnie, np. niemieckie, walczą o przetrwanie?
Mateusz Szczurek:
Być może Niemcy właśnie dlatego będą u nas inwestować i emigrować do Polski, szukając tańszej produkcji. Poza tym, kto powiedział, że w związku z wejściem Polski do UE będą u nas inwestować firmy europejskie? Mieliśmy już przykład Daewoo, nieudany co prawda. Strategia tej firmy opierała się na uzyskaniu przyczółka w kraju, który wkrótce wejdzie do Unii Europejskiej. Tak samo będzie w przypadku firm dalekowschodnich czy amerykańskich, wśród których zainteresowanie Polską się zwiększa właśnie z powodu wejścia naszego kraju do Unii.
Rafał Antczak:
Dla mnie sprawą kluczową, jeśli idzie o inwestycje zagraniczne w Polsce, jest powrót na ścieżkę szybkiej prywatyzacji. Rząd wprawdzie deklaruje, że w przyszłym roku będzie więcej prywatyzacji, więcej firm pojawi się na giełdzie, jednak obawiam się, że będzie to góra, która urodzi mysz. Czasy łatwej prywatyzacji już się skończyły - każda następna będzie budziła opór polityczny, jak w przypadku Stoenu, co odstrasza inwestorów. Jednak prywatyzacje w Polsce zawsze były źródłem przyciągania inwestycji. I tak jest. Nie do końca mnie przekonuje stwierdzenie, że inwestycje będą lokowane w Polsce dopiero wtedy, gdy już na 99% będziemy w UE.
Słyszałem opinię inwestorów amerykańskich, którzy mówiąc o Rosji, po prostu piali z zachwytu. Tam się robi wszystko, aby inwestorów przyciągnąć. Natomiast w Polsce sytuacja jest odwrotna, inwestorzy są zniechęceni, a największą przeszkodę w naszym kraju stanowi biurokracja i korupcja. Nadchodzi czas na kolejną falę kardynalnych kroków, np. na rozwiązanie, wprowadzone w Estonii, gdzie po prostu ustalano limity zwolnień w administracji publicznej i je realizowano. Bez tych kroków nie widzę możliwości powrotu do wzrostu gospodarczego powyżej 3%.
Jacek Wiśniewski:
Wracając do wpływu naszego wejścia do Unii Europejskiej - po pierwsze, będzie referendum. A ono zatrzyma reformę finansów publicznych. Po prostu bardzo trudno jest przeprowadzić jakiekolwiek zmiany w sytuacji, gdy trzeba walczyć o poparcie dla członkostwa w UE.
Ostatnią szansą na reformę jest rok 2004. Nie znamy jednak wszystkich przepływów z Unii. Poza tym, nawet gdyby się je udało zbilansować, to i tak nadal pozostaje problem deficytu w budżecie na poziomie 40 mld zł. Tymczasem cały czas jest mowa, że budżet trzeba będzie zacisnąć, aby wejść do unii monetarnej. Dla tej ostatniej akcesji kluczowym będzie koniec przyszłego roku, gdy nowi członkowie RPP będą określali horyzont, w którym nasz kraj powinien wejść do strefy euro.
Mateusz Szczurek:
Nie nowi członkowie, tylko politycy, którzy ich będą wybierali.
Jacek Wiśniewski:
Będzie sporo kłopotów z zaciskaniem budżetu, na dodatek nie wiadomo, czy będzie jakakolwiek presja na cięcie wydatków. Być może nowym członkom RPP nie będzie zależało na tym, abyśmy weszli do unii monetarnej w najbliższym możliwym terminie, być może wybiorą inny. A nie wiadomo, czy członkowie unii monetarnej będą taką presję na nasz kraj wywierali.
Maciej Krzak:
Nie będą, im nie zależy na naszym szybkim wejściu do strefy euro. Chciałbym jednak zaryzykować tezę, że wejście Polski do unii monetarnej będzie o wiele łatwiejsze niż nam się wydaje. Dlaczego? Przede wszystkim kraje Unii, zwłaszcza Niemcy i Francja, stoją przed reformą systemów emerytalnych. Oni będą musieli przejść przez tę lekcję, którą my teraz przerabiamy - a więc dołożyć sobie fiskalne koszty, płynące z konieczności finansowania dwóch typów systemów emerytalnych. I to zmieni ich spojrzenie na kwestię kryterium deficytu budżetowego, który nie może przekroczyć 3% PKB. Unia będzie zapewne inaczej patrzeć na tę część deficytu budżetowego, która wynika z wydatków na systemy emerytalne. Poza tym, od dawna dyskutuje się konieczność podwyższenia celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego z poniżej 2%, jak to jest obecnie, do może 1-3%.
Grzegorz Wójtowicz:
To można określić w ten sposób: Gdy były tworzone kryteria z Maastricht, powstał jakby smoking. Dzisiaj jest to jakby marynareczka. A tu chodzi o to, że będzie to normalny strój roboczy, w którym trzeba będzie funkcjonować na co dzień.Krzysztof Błędowski:
2003 rok nie może być rozważany jako rok przełomu, jeśli idzie o napływ kapitału zagranicznego do Polski. W Polsce będzie to przez wiele lat funkcja wielu różnych czynników, nie tylko UE. Jest jednak kwestia strategii Polski w sprawie naszego miejsca w Unii. Mówię tu o planach wykorzystania środków pomocowych, czyli o Narodowym Planie Rozwoju. Czytałem dokumenty Ministerstwa Gospodarki, które są na tyle ogólne, iż można pod nie podczepić wszystko. Być może rozwój wcale nie będzie priorytetem.
Czy w takim razie głównym skutkiem naszego wchodzenia do UE będzie huśtawka na złotym?
Jacek Wiśniewski:
W przyszłym roku nie będzie już takiego napływu środków na rynek obligacji, ponieważ konwergencja w sporym stopniu już została dokonana. Na kurs złotego będą miały wpływ inne czynniki - referendum, wybór nowej RPP, wykonanie budżetu na 2003 r. Rynek będzie zwracał uwagę na różnego rodzaju wydarzenia. Pod koniec roku obecny parlament będzie wybierał nową RPP. Bardzo ważne przy wyborze kandydatów będą sprawy kursowe. Tymczasem ze strony rządowej płyną sygnały, że optymalny poziom kursu jest na poziomie znacznie wyższym niż obecnie - 4,25-4,30 zł za 1 dolara.
Mateusz Szczurek:
Nie zgadzam się z tym mniejszym napływem kapitału na rynek papierów dłużnych. To będzie inny kapitał, nie nastawiony już, tak jak to jest obecnie, głównie na spadek rentowności.
Rafał Antczak:
Uważam, że w przyszłym roku dojdzie do wzmocnienia złotego. Duże znaczenie będzie miał dysparytet stóp, ale także czynnik wzrostu kursu w krajach, które wchodziły wcześniej do Unii Europejskiej. W Hiszpanii czy Portugalii doszło do silnej aprecjacji kursu waluty na rok przed wstąpieniem do UE.
Maciej Krzak:
Złotego osłabiać będzie niewielki wzrost deficytu na rachunku obrotów bieżących, a wzmacniać go będzie napływ inwestycji bezpośrednich.
Grzegorz Wójtowicz:
Tak jak dotąd, inwestor długoterminowy będzie wzmacniał złotego, a inwestor portfelowy - wywoływał wahania.
Czego się należy najbardziej obawiać w przyszłym roku?
Rafał Antczak:
Należy się obawiać, iż prześpimy ten 2003 r., zamiast coś zrobić w sektorze finansów publicznych czy w sprawach biurokracji. Może to być rok uspokojenia, a powinien być to okres, w którym trzeba się sprężyć i dokonać chociaż części reform.
Jacek Wiśniewski:
Bałbym się niespodzianek ze sfery finansów publicznych.
Krzysztof Błędowski:
Bałbym się negatywnego wyniku referendum. A jeśli wynik referendum byłby korzystny dla naszego członkostwa, to bałbym się silnych podziałów społecznych i politycznych na tle akcesji.
Mateusz Szczurek:
Katastrofy referendum, braku postępów w ograniczaniu wydatków publicznych oraz w zmienianiu systemu podatkowego, a także rezygnacji z planu wejścia do unii monetarnej w najbliższym terminie. A to będzie widać, gdy np. nowi członkowie będą mówili, iż ich celem jest 4,5 zł za dolara.
Maciej Krzak:
Nie padło słowo Irak - bałbym się długotrwałej wojny w Iraku i jej skutków dla gospodarki światowej, czyli wzrostu cen ropy naftowej i zahamowania ożywienia na świecie, bo wtedy mielibyśmy stagflację.
Grzegorz Wójtowicz:
Zagrożenie wewnętrzne - to przegrane referendum. Zewnętrzne - długotrwała i niosąca wiele niepewności wojna w Iraku. Ponieważ oba te zdarzenia zapewne nie wystąpią, pozostaje obawiać się, aby europejski entuzjazm nie usuwał w cień rzeczywistych zagrożeń.