Reklama

Nie wolno przespać 2003 roku

Przyszły rok będzie lepszy niż mijający - wynika z większości prognoz. Jednak wciąż jest sporo niewiadomych. Jakie konsekwencje dla gospodarki polskiej i światowej przyniesie ewentualna wojna USA z Irakiem. Dużą niewiadomą jest także wzrost światowego PKB i w jaki sposób przełoży się to na wyniki polskiego handlu zagranicznego. W przyszłym roku czeka nas także referendum, w którym Polacy wypowiedzą się, czy chcą, aby nasz kraj wszedł do Unii Europejskiej. ...

Publikacja: 24.12.2002 09:12

Z kolei członkowie UE będą decydować, czy chcą nas we Wspólnocie. Jak te wydarzenia odbiją się na sytuacji polskich firm oraz na kursie złotego?

O odpowiedź na te pytania poprosiliśmy znanych ekonomistow. W debacie PARKIETU uczestniczyli Rafał Antczak, ekonomista z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, Krzysztof Błędowski, sekretarz Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Maciej Krzak, główny ekonomista Banku Handlowego, Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING BSK, Jacek Wiśniewski, kierownik Zespołu Analiz i Prognoz Rynkowych banku Pekao SA oraz Grzegorz Wójtowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej.

Spotykamy się tuż przed świętami, zaraz też będzie Nowy Rok. Co dobrego, jakie prezenty da nam ten nowy 2003 r.?

Rafał Antczak,

ekonomista CASE:

Reklama
Reklama

Przede wszystkim będziemy mieli wzrost gospodarczy dwukrotnie większy niż w roku 2002. Nasza prognoza mówi o wzroście rzędu 2,3% PKB, generowanym głównie przez popyt konsumpcyjny. Inwestycje nie będą rosły, a jeśli już, to dopiero w samej końcówce roku. Dlaczego? Popyt inwestycyjny jest uwarunkowany w dużej mierze poprawą rentowności przedsiębiorstw, zarówno państwowych, jak i prywatnych.

Myślę także, że rok 2003 będzie okresem stabilizacji i spokoju. Nie wiadomo, co będzie z cenami żywności. Jednak są duże zapasy zbóż, więc nawet złe zbiory nie będą powodowały gwałtownego wzrostu cen wszystkich towarów żywnościowych. Poza tym, ich wpływ będzie neutralizowany przez kurs złotego. Spodziewamy się nominalnej aprecjacji złotego w roku przyszłym, co będzie jednym z punktów zapalnych, jeśli idzie o politykę ekonomiczną w przyszłym roku.

Jacek Wiśniewski, kierownik działu analiz i prognoz rynkowych Pekao SA:

Myślę, że przyszły rok przyniesie stabilizację inflacji. Wzrost gospodarczy rzeczywiście będzie dwukrotnie większy od tegorocznego. Jednak tę poprawę będziemy widzieli głównie w danych, nie sądzimy bowiem, żeby ludzie odczuli ją znacząco. Takie tempo wzrostu, które będzie odczuwane przez społeczeństwo, pojawi się dopiero pod koniec roku.

W inwestycjach przyspieszenie może nastąpić, ale dopiero w II kwartale. Będzie tak ze względu na wykorzystanie mocy produkcyjnych. Dopóki nie będzie istotnego wzrostu produkcji, nikomu nie będzie się opłacało inwestować, jeśli może zwiększyć produkcję o 50%, po prostu w większym stopniu wykorzystując moce wytwórcze...

Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING BSK:

Reklama
Reklama

Jednak w listopadzie już był wzrost produkcji przetwórczej o 8%...

Jacek Wiśniewski:

To tylko jeden miesiąc. Pytanie, czy się powtórzy. Nie zakładamy tego w prognozach. Spodziewamy się za to osłabienia złotego pod koniec roku, nie licząc zawirowań związanych z różnymi sprawami.

Mateusz Szczurek:

Wzrost - tylko wypada się zgodzić. Może to nie będzie fantastyczny wzrost, ale lepszy od tegorocznego. Inflacja, można dyskutować na temat wpływu cen żywności, ale fundamentalnego wzrostu tego wskaźnika w przyszłym roku nie będzie. Będziemy mieli także na dobre zakończoną kwestię wejścia do Unii Europejskiej - zarówno jeśli idzie o referendum, jak i o ratyfikację traktatu ze strony państw członkowskich Unii.

Największą radość jednak sprawiają prezenty, na które ma się jedynie cichą nadzieję, bo trudno się spodziewać, że się je otrzyma. Do tej kategorii zaliczyłbym wspaniałe plany reformy finansów publicznych, zapowiadane przez ministra finansów. Z tym też się wiąże wiarygodna deklaracja, dotycząca terminu wejścia do unii monetarnej, która zależy w dużym stopniu od nowej Rady Polityki Pieniężnej. Pod koniec roku powinno się wyjaśnić, jakie będą jej priorytety i jaka będzie prowadzona przez nią polityka.Krzysztof Błędowski, sekretarz Towarzystwa Ekonomistów Polskich:

Reklama
Reklama

Chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, już tutaj podnoszone. Przede wszystkim statystycznie silniejszy wzrost gospodarczy. To będzie oznaczało, że Polska, przynajmniej technicznie, uniknęła recesji, w przeciwieństwie do Czech, a to już jest sukces. Poza tym spodziewam się bardzo ładnego odbicia zyskowności przedsiębiorstw.

Mamy obecnie do czynienia ze specyficzną sytuacją - przedsiębiorcy w tej chwili, jeśli nie są w dołku cyklu, to niedługo będą. To widać po ruchach zapasów, po odbiciu się popytu inwestycyjnego. Cześć inwestycyjna odbije się szybciej niż część konsumpcyjna. Obawiam się, że dochody realne gospodarstw domowych będą rosły albo bardzo powoli, albo być może nawet minimalnie spadną w 2003 r.

Maciej Krzak, główny ekonomista Banku Handlowego:

Myślę, że 2003 r. będzie lepszy niż miniony. Przede wszystkim będzie lepsze tempo wzrostu gospodarczego - będzie się utrzymywał w przyszłym roku w granicach 2-3% PKB, choć nie wykluczam istotniejszego przyspieszenia pod koniec roku. Nasza prognoza mówi o 2,8% wzrostu. Inflacja pozostanie na niskim poziomie, choć, być może, zacznie lekko rosnąć. Pod znakiem zapytania są obecnie dwa czynniki - ceny żywności i ropy naftowej. Deficyt obrotów bieżących nie powinien się jakoś istotnie zwiększyć z powodu przyspieszenia w gospodarce. Kurs złotego w gruncie rzeczy będzie dość stabilny, co nie wyklucza okresowych wahań, spowodowanych np. ewentualną wojną z Irakiem czy referendum akcesyjnym w Polsce albo wyborem nowej Rady Polityki Pieniężnej. Deficyt budżetowy utrzyma się pod kontrolą, gdyż tempo wzrostu gospodarczego nie będzie znacząco odbiegało od tego, co zaprojektował minister Kołodko.

Grzegorz Wójtowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej:

Reklama
Reklama

Wzrost gospodarczy wyniesie około 2,5%. Nie zawiedzie nas sektor eksportowy. Obawy, związane z nim w przeszłości, czyli w latach 2001 i 2002, nie potwierdziły się, i nie potwierdzą się także w przyszłości. Nie można jednak oczekiwać zbyt wiele od eksportu. Jestem ostrożny, jeśli chodzi o możliwości wzrostu konsumpcji, bardziej wierzę w inwestycje. Myślę, że pojawią się pewne elementy przymusu modernizacyjnego, jeśli będziemy mieli poprawę w finansach firm. Traktowałbym więc inwestycje jako czynnik mający duży wpływ na przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Będzie to zupełnie dobry rok, jeśli idzie o równowagę w gospodarce - trzeba jasno powiedzieć, że nie ma zagrożeń, jeśli chodzi o inflację. Będzie ona w granicach 2-3%, raczej w środku tego przedziału. Równowaga zewnętrzna również się utrzyma. Deficyt na rachunku obrotów bieżących może się pogorszyć, należy go szacować w granicach 4% PKB. Skłaniam się też ku poglądowi, że będziemy mieli lekką aprecjację złotego.

Sytuacja fiskalna, wiadomo - ona nas niepokoi, ale tu nie można się spodziewać czegoś bardzo złego, liczby znamy. Pojawi się jednak czynnik, którego do tej pory nie było - przymus. Musimy coś z finansami publicznymi zrobić, bo będziemy pod presją Unii Europejskiej. Będzie rosła świadomość, że dostosowania są konieczne. Mówiłem o tym w kontekście fiskalnym, ale będzie to chyba w największym stopniu dotyczyć firm.

Trzeba też powiedzieć, że RPP, ze względu na to, że teraz podejmowane decyzje będą rzutować na przyszłość, powinna wkrótce przedstawić średniookresową strategię polityki pieniężnej na lata po 2003 roku.

Co będzie napędzać wzrost gospodarczy? Czy będzie to tylko efekt statystyczny? Bo jak widać już z wcześniejszych wypowiedzi, pojawiają się tu rozbieżności - czy będzie to jednak konsumpcja, czy też może inwestycje, a może jakiś inny czynnik?

Reklama
Reklama

Maciej Krzak:

Inwestycje będą tym czynnikiem, który ożywi gospodarkę. Mamy tempo wzrostu konsumpcji w granicach 3% i raczej nie będzie ona dynamiczniejsza w przyszłym roku. Zwłaszcza że skoro mamy spadek depozytów ludności, nie można oczekiwać, że ludność zacznie sięgać głębiej do kieszeni, żeby zwiększyć kMateusz Szczurek:

Będzie musiała sięgać głębiej, bo i kieszeń pusta...

Grzegorz Wójtowicz:

Eksport nie zawiedzie. Ja też uważam, że będą to inwestycje - cyklicznie spadły i teraz zaczną rosnąć.

Reklama
Reklama

Maciej Krzak:

Popyt rządowy nie będzie przeszkadzał wzrostowi. Do tego dochodzi relatywnie luźna polityka pieniężna. Pojawią się efekty poprzednich obniżek - konkurencja międzybankowa doprowadzi do spadku stóp kredytowych. RPP zacznie obniżać stopę rezerw obowiązkowych, która jest zdecydowanie wyższa niż w unii monetarnej - tam wynosi 2,5%, a u nas jest to 4,5%. A zakładane dalsze rozluźnianie polityki pieniężnej, zwłaszcza w I półroczu, będzie dodatkowym bodźcem dla wzrostu inwestycji. Podstawowym jest to, o czym mówił Krzysztof Błędowski, czyli poprawa zyskowności przedsiębiorstw, którą już w tej chwili widać.

Na dodatek w przyszłym roku, zwłaszcza pod koniec, można oczekiwać dostosowań w firmach. Wejdziemy do unii i trzeba będzie na całym jej obszarze konkurować z firmami zagranicznymi. To powinno doprowadzić do przyspieszenia inwestycyjnego, co przełoży się na wyższe tempo wzrostu gospodarczego.

Krzysztof Błędowski:

Dla mnie dużą niewiadomą jest eksport - problemem będzie popyt zewnętrzny, wynikający ze wzrostu gospodarczego poza Polską. Bardzo się niepokoję o wzrost PKB w Europie. Przychylam się do tezy, że eksport będzie jednym z głównych czynników, ciągnących wzrost, ale nie jestem pewien, jaka będzie siła tego czynnika.

Rafał Antczak:

Spójrzmy na duże i średnie przedsiębiorstwa. Zatrudnienie w sektorze państwowym to jest 47% siły roboczej, a prywatnym - 53% siły roboczej. Udział w eksporcie sektora prywatnego to jest 88%, w imporcie - 92%, w inwestycjach - 72%, przeciętne wynagrodzenie - jedyny wskaźnik korzystny dla sektora publicznego - w III kwartale było o 16% wyższe niż w prywatnym. Wydajność pracy w sektorze państwowym to jest 40% tego, co w sektorze prywatnym. Wyjątkiem jest tutaj przemysł, gdzie jest 90%. W naszym kraju zaczynają funkcjonować dwie gospodarki - gospodarka prywatna i gospodarka przedsiębiorstw państwowych. Sektor państwowy nie ma możliwości rozwoju, jego rentowność jest ujemna, on generuje tylko straty i koszty. W rezultacie nie ma mikroekonomicznych podstaw do wzrostu, zwłaszcza jeśli do tego dodać pętlę zadłużeń i koszty gospodarcze, przerzucane na firmy lepsze.

Sytuacja zewnętrzna jest rzeczywiście arcyciekawa. Chyba nikt z nas nie ma wielkich nadziei i złudzeń, jeśli idzie o gospodarkę niemiecką. Jest ona w jeszcze większym kryzysie strukturalnym niż polska. Jeśli chodzi o Rosję, która w ostatnim czasie ciągnęła nasz eksport, to ona jest uzależniona od dobrych cen ropy naftowej. Proste rezerwy wzrostu zostały bowiem wyczerpane, a Rosja nie przeprowadza kolejnych reform - zostały one zahamowane z przyczyn politycznych. Jeżeli dojdzie do spadku cen ropy, to gospodarka rosyjska może się znaleźć w równie nieciekawej sytuacji, jak na przełomie 1997 i 1998 roku, kiedy cała dobrze wyglądająca równowaga zewnętrzna posypała się w ciągu kwartału.

Grzegorz Wójtowicz:

Oczywiście, że mamy dwa zbiory firm - państwowych i prywatnych - ale też pamiętajmy, że ewolucja szła w ten sposób, że przedsiębiorstwa potencjalnie sprawne wchodziły do sektora prywatnego, a niesprawne zostawały w sektorze państwowym. Byłoby więc zaskakujące, gdyby te dane były odmienne.

Przyszły rok będzie może nawet w większym stopniu rokiem Unii Europejskiej niż mijający ze względu na referendum i zbliżającą się datę akcesji. Czy odbije się to w jakiś sposób na gospodarce? Czy napłyną do Polski oczekiwane inwestycje, czy też może ich nie będzie, skoro firmy zachodnie, np. niemieckie, walczą o przetrwanie?

Mateusz Szczurek:

Być może Niemcy właśnie dlatego będą u nas inwestować i emigrować do Polski, szukając tańszej produkcji. Poza tym, kto powiedział, że w związku z wejściem Polski do UE będą u nas inwestować firmy europejskie? Mieliśmy już przykład Daewoo, nieudany co prawda. Strategia tej firmy opierała się na uzyskaniu przyczółka w kraju, który wkrótce wejdzie do Unii Europejskiej. Tak samo będzie w przypadku firm dalekowschodnich czy amerykańskich, wśród których zainteresowanie Polską się zwiększa właśnie z powodu wejścia naszego kraju do Unii.

Rafał Antczak:

Dla mnie sprawą kluczową, jeśli idzie o inwestycje zagraniczne w Polsce, jest powrót na ścieżkę szybkiej prywatyzacji. Rząd wprawdzie deklaruje, że w przyszłym roku będzie więcej prywatyzacji, więcej firm pojawi się na giełdzie, jednak obawiam się, że będzie to góra, która urodzi mysz. Czasy łatwej prywatyzacji już się skończyły - każda następna będzie budziła opór polityczny, jak w przypadku Stoenu, co odstrasza inwestorów. Jednak prywatyzacje w Polsce zawsze były źródłem przyciągania inwestycji. I tak jest. Nie do końca mnie przekonuje stwierdzenie, że inwestycje będą lokowane w Polsce dopiero wtedy, gdy już na 99% będziemy w UE.

Słyszałem opinię inwestorów amerykańskich, którzy mówiąc o Rosji, po prostu piali z zachwytu. Tam się robi wszystko, aby inwestorów przyciągnąć. Natomiast w Polsce sytuacja jest odwrotna, inwestorzy są zniechęceni, a największą przeszkodę w naszym kraju stanowi biurokracja i korupcja. Nadchodzi czas na kolejną falę kardynalnych kroków, np. na rozwiązanie, wprowadzone w Estonii, gdzie po prostu ustalano limity zwolnień w administracji publicznej i je realizowano. Bez tych kroków nie widzę możliwości powrotu do wzrostu gospodarczego powyżej 3%.

Jacek Wiśniewski:

Wracając do wpływu naszego wejścia do Unii Europejskiej - po pierwsze, będzie referendum. A ono zatrzyma reformę finansów publicznych. Po prostu bardzo trudno jest przeprowadzić jakiekolwiek zmiany w sytuacji, gdy trzeba walczyć o poparcie dla członkostwa w UE.

Ostatnią szansą na reformę jest rok 2004. Nie znamy jednak wszystkich przepływów z Unii. Poza tym, nawet gdyby się je udało zbilansować, to i tak nadal pozostaje problem deficytu w budżecie na poziomie 40 mld zł. Tymczasem cały czas jest mowa, że budżet trzeba będzie zacisnąć, aby wejść do unii monetarnej. Dla tej ostatniej akcesji kluczowym będzie koniec przyszłego roku, gdy nowi członkowie RPP będą określali horyzont, w którym nasz kraj powinien wejść do strefy euro.

Mateusz Szczurek:

Nie nowi członkowie, tylko politycy, którzy ich będą wybierali.

Jacek Wiśniewski:

Będzie sporo kłopotów z zaciskaniem budżetu, na dodatek nie wiadomo, czy będzie jakakolwiek presja na cięcie wydatków. Być może nowym członkom RPP nie będzie zależało na tym, abyśmy weszli do unii monetarnej w najbliższym możliwym terminie, być może wybiorą inny. A nie wiadomo, czy członkowie unii monetarnej będą taką presję na nasz kraj wywierali.

Maciej Krzak:

Nie będą, im nie zależy na naszym szybkim wejściu do strefy euro. Chciałbym jednak zaryzykować tezę, że wejście Polski do unii monetarnej będzie o wiele łatwiejsze niż nam się wydaje. Dlaczego? Przede wszystkim kraje Unii, zwłaszcza Niemcy i Francja, stoją przed reformą systemów emerytalnych. Oni będą musieli przejść przez tę lekcję, którą my teraz przerabiamy - a więc dołożyć sobie fiskalne koszty, płynące z konieczności finansowania dwóch typów systemów emerytalnych. I to zmieni ich spojrzenie na kwestię kryterium deficytu budżetowego, który nie może przekroczyć 3% PKB. Unia będzie zapewne inaczej patrzeć na tę część deficytu budżetowego, która wynika z wydatków na systemy emerytalne. Poza tym, od dawna dyskutuje się konieczność podwyższenia celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego z poniżej 2%, jak to jest obecnie, do może 1-3%.

Grzegorz Wójtowicz:

To można określić w ten sposób: Gdy były tworzone kryteria z Maastricht, powstał jakby smoking. Dzisiaj jest to jakby marynareczka. A tu chodzi o to, że będzie to normalny strój roboczy, w którym trzeba będzie funkcjonować na co dzień.Krzysztof Błędowski:

2003 rok nie może być rozważany jako rok przełomu, jeśli idzie o napływ kapitału zagranicznego do Polski. W Polsce będzie to przez wiele lat funkcja wielu różnych czynników, nie tylko UE. Jest jednak kwestia strategii Polski w sprawie naszego miejsca w Unii. Mówię tu o planach wykorzystania środków pomocowych, czyli o Narodowym Planie Rozwoju. Czytałem dokumenty Ministerstwa Gospodarki, które są na tyle ogólne, iż można pod nie podczepić wszystko. Być może rozwój wcale nie będzie priorytetem.

Czy w takim razie głównym skutkiem naszego wchodzenia do UE będzie huśtawka na złotym?

Jacek Wiśniewski:

W przyszłym roku nie będzie już takiego napływu środków na rynek obligacji, ponieważ konwergencja w sporym stopniu już została dokonana. Na kurs złotego będą miały wpływ inne czynniki - referendum, wybór nowej RPP, wykonanie budżetu na 2003 r. Rynek będzie zwracał uwagę na różnego rodzaju wydarzenia. Pod koniec roku obecny parlament będzie wybierał nową RPP. Bardzo ważne przy wyborze kandydatów będą sprawy kursowe. Tymczasem ze strony rządowej płyną sygnały, że optymalny poziom kursu jest na poziomie znacznie wyższym niż obecnie - 4,25-4,30 zł za 1 dolara.

Mateusz Szczurek:

Nie zgadzam się z tym mniejszym napływem kapitału na rynek papierów dłużnych. To będzie inny kapitał, nie nastawiony już, tak jak to jest obecnie, głównie na spadek rentowności.

Rafał Antczak:

Uważam, że w przyszłym roku dojdzie do wzmocnienia złotego. Duże znaczenie będzie miał dysparytet stóp, ale także czynnik wzrostu kursu w krajach, które wchodziły wcześniej do Unii Europejskiej. W Hiszpanii czy Portugalii doszło do silnej aprecjacji kursu waluty na rok przed wstąpieniem do UE.

Maciej Krzak:

Złotego osłabiać będzie niewielki wzrost deficytu na rachunku obrotów bieżących, a wzmacniać go będzie napływ inwestycji bezpośrednich.

Grzegorz Wójtowicz:

Tak jak dotąd, inwestor długoterminowy będzie wzmacniał złotego, a inwestor portfelowy - wywoływał wahania.

Czego się należy najbardziej obawiać w przyszłym roku?

Rafał Antczak:

Należy się obawiać, iż prześpimy ten 2003 r., zamiast coś zrobić w sektorze finansów publicznych czy w sprawach biurokracji. Może to być rok uspokojenia, a powinien być to okres, w którym trzeba się sprężyć i dokonać chociaż części reform.

Jacek Wiśniewski:

Bałbym się niespodzianek ze sfery finansów publicznych.

Krzysztof Błędowski:

Bałbym się negatywnego wyniku referendum. A jeśli wynik referendum byłby korzystny dla naszego członkostwa, to bałbym się silnych podziałów społecznych i politycznych na tle akcesji.

Mateusz Szczurek:

Katastrofy referendum, braku postępów w ograniczaniu wydatków publicznych oraz w zmienianiu systemu podatkowego, a także rezygnacji z planu wejścia do unii monetarnej w najbliższym terminie. A to będzie widać, gdy np. nowi członkowie będą mówili, iż ich celem jest 4,5 zł za dolara.

Maciej Krzak:

Nie padło słowo Irak - bałbym się długotrwałej wojny w Iraku i jej skutków dla gospodarki światowej, czyli wzrostu cen ropy naftowej i zahamowania ożywienia na świecie, bo wtedy mielibyśmy stagflację.

Grzegorz Wójtowicz:

Zagrożenie wewnętrzne - to przegrane referendum. Zewnętrzne - długotrwała i niosąca wiele niepewności wojna w Iraku. Ponieważ oba te zdarzenia zapewne nie wystąpią, pozostaje obawiać się, aby europejski entuzjazm nie usuwał w cień rzeczywistych zagrożeń.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama